wtorek, 19 lipca 2016

„Diuna” – Frank Herbert

Niewiele jest książek ponadczasowych, posiadających odporne na czas prawdy w formie chętnie czytanej przez kolejne pokolenia. Jednym z takich tytułów jest „Diuna” Franka Herberta. Książka liczy sobie już prawie pół wieku, została nagrodzona nagrodą Hugo i Nebula. Na jej podstawie powstał film, dwa miniseriale telewizyjne i kilka gier. Jest uznawana za jedną z najlepszych książek science-fiction wszech czasów. Po jej przeczytaniu zgadzam się z tym stwierdzeniem.

Ogromny sukces „Diuny” jest wynikiem wielu elementów. Najbardziej znaczących z nich jest uniwersum, utworzone z wielkim rozmachem i dokładnością. Frank Herbert stworzył nie świat, a wszechświat. Zaludnił go tysiącem rodzajów istot z milionem różnych zamiarów. Nie dla wszystkich znalazło się miejsce w „Diunie”, ale czytając, miałam wrażenia, że to uniwersum jest pełne, żywe. Mimo że „Diuna” jest książką traktującą o przyszłości, autor balansował na granicy przyszłości i przeszłości. Z jednej strony w powieści były podróże międzygwiezdne, technologia na najwyższym poziomie, a z drugiej średniowieczny ustrój z rodami, szlachtą i władaniem dzięki urodzeniu. Ten kontrast był zaskakująco trafiony i wydawał się idealnie pasować.

Mimo wielkości świata większa część akcji rozgrywa się na małej, pustynnej planecie Arrakis, zwanej Diuną. Warunki na niej panujące są tysiąckrotnie gorsze od tych znanych z ziemskich pustyń. Normalnie nikt, oprócz tubylców, nie mieszkałby na planecie z tak fatalnymi warunkami atmosferycznymi, są wygodniejsze miejsca do egzystowania dla szlachty. Wszystko zmienił Melanż – cudowny lek o wielkiej wartości, będący też uzależniającym narkotykiem. W całym wszechświecie znane jest tylko jedno miejsce, gdzie on występuję i jest nim właśnie Arrakis. Melanż ściągnął na planetę możnowładców skuszonych wielkim zyskiem. Z chwilą rozpoczęcia akcji powieści ród Harrkonenów na rozkaz Imperatora, rządzącego całym wszechświatem, oddaję rodowi Atrydów władzę nad Arrakis.

Synem księcia Atrydów jest główny bohater – piętnastoletni Paul. Od samego początku powieści jest on przedstawiany jako wybitna osobowość obdarzona mistycznymi zdolnościami. Jego kreacja jest niezwykle rozbudowana, Paul jest pełen kontrastów i sprzecznych cech. To czyni z niego bohatera żywego, w żaden sposób nie papierowego. Jego mentalność zrobiła na mnie ogromne wrażenie, opisy jego przeżyć wewnętrznych i jasnowidzeń były jedną z najlepszych części książki.

Inni bohaterowie byli równie dobrze stworzeni. Najbardziej w pamięć zapadła mi Jessica – matka Paula i konkubina jego ojca, wywodząca się z mistycznego zakonu Bene Gesserit, którego szkolenie daje mistyczne i owiane legendą zdolności. Całe jej życie zostało z góry zaplanowane, jej jedynym celem było zrodzenie księciu Atrydzie córki, która miała szansę stać się wielką Bene Gesserit, dzięki genetycznemu potencjałowi. Nie zrobiła tego, dała księciu syna, którego pragnął. Taka miłość do księcia była dla mnie niezwykle wzruszająca. Jessica była silną osobowością i wyrazistą kobietą, nic nie mogło stanąć jej na drodze. Uwielbiam silne kobiece postacie, więc i ją bardzo polubiłam.

W książce pojawia się wielu postaci pobocznych, które zapadają w pamięć dzięki świetnej kreacji. Mówiąc ogólnie – byli to wszyscy Fremeni – tubylcy Arrakis, zamieszkujący pustynie. Byli niezwykle ciekawi. Lud zmuszony do życia w tak ciężkich warunkach musiał się przystosować albo zginąć. Fremeni wybrali przystosowanie i zrobili to w powalający na kolana sposób. W trakcie czytania byłam zafascynowana ich zwyczajami, ekonomią i wierzeniami, opierającymi się na wodzie i przetrwaniu plemienia. W ich świecie wszystko musi służyć jakiemuś celowi lub musi doprowadzić do konsekwencji. Arrakis zrodziła twardy i ciekawy dla czytelnika ród.

Jedynym zgrzytem (i tak niewielkim) był język. Skomplikowane zdania wielokrotnie złożone i pełne długich zwrotów sprawiły, że książka stała się „ciężka”. Trudno było się przedrzeć przez gąszcz słów i dotrzeć do istoty rzeczy. „Diuna” zdecydowanie nie jest lekką lekturą -  w każdym tego słowa znaczeniu, wymaga skupienia i cierpliwości. Taki sposób pisania miał też pozytywne strony, dzięki niemu można się zatracić bez pamięci w uniwersum.

„Diuna” okazała się bardzo miłym zaskoczeniem. Nie spodziewałam się, że książka starsza od moich rodziców będzie tak ciekawa i przystępna. W tej powieści jest dosłownie wszystko, co powinno znaleźć się w dobrej książce. Pokochałam klimat Arrakis i śledziłam losy bohaterów z wypiekami na twarzy, nie chciałam rozstawać się z Paulem, jego matką i wojowniczymi Fremenami. Na szczęście „Diuna” jest zaledwie początkiem serii, którą mam zamiar jak najszybciej przeczytać. Polecam zrobić to samo każdej osobie lubiącej science-fiction.
Dana
Frank Herbert, Diuna, Wydanie wznowione: Wydawnictwo Rebis, 2007, stron: 670

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz