Motyw zabijania
dotykiem pojawia się ostatnio w
książkach młodzieżowych. Co ciekawe władzą uśmiercania najlżejszym dotykiem
obarcza się same dziewczęta, czemu tak jest - nie wiem. Dobrych wspomnień z tym
tematem związanych nie mam, „Dotyk Julii” przerwałam w połowie. Zwykle bowiem takie
powieści kręcą się wokół tylko tego jednego wątku i są przewidywalne. Nie
powiem, żebym za tym przepadała.
„Córka zjadaczki grzechów”
okazała się być dużo bardziej skomplikowana,
niż początkowo myślałam. Akcja rozgrywa
się w pełnym magii, średniowiecznym królestwie, rządzonym przez wiekową dynastię.
Od niepamiętnych czasów jedyną w królestwie Lormere religią jest wiara w Bóstwa,
Światła i Ciemności, które pobłogosławiły Rodzinę Królewską, obdarzając ją
specjalnym łaskami. Czasami na Ziemi odradzała się też Córka Bóstw – Daunen Wcielona,
zapowiadająca złoty wiek królestwa.
Jak głosi legenda
wyjaśniająca jej istnienie, światem od zawsze rządziły dwa Bóstwa: Daeg Władca
Słońca i jego żona Naeht władająca nocą. W zamierzchłych czasach Naeht
przestała wystarczać ciemność; uknuła spisek, który sprawił, że jej mąż nie
mógł wzejść, pogrążając świat w ciemności. I właśnie wtedy z ich związku narodziła
się Daunen, śpiewem obudziła ojca i uratowała Lormere. Daeg przysiągł, że duch
Daunen powróci jako symbol nadziei, w ciele ślicznie śpiewającej rudowłosej
dziewczyny, a jej przybycie będzie
błogosławieństwem dla świata.