Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Young Adult. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Young Adult. Pokaż wszystkie posty

piątek, 28 października 2016

„Harry Potter i przeklęte dziecko” – J.K. Rowling, John Tiffany & Jack Thorne

Nadeszła magiczna jesień, a wraz z nią nie tylko Noc Duchów – Harry Potter i jego przeklęte dziecko podbili sklepowe półki, ku nieopisanej radości milionów czytelników. Kampania promocyjna przyniosła niezwykle przejmujące i ekscytujące hasła: Pierwsze wydanie scenariusza! Ósma historia! Powrót do świata magii! Przedpremierowe recenzje pełne były negatywnych opinii i zarzutów spaskudzenia świata, który Rowling budowała przez dziesięć lat. A sama książka? Sama książka pozostawiła we mnie mieszane uczucia. (Ta recenzja nie zawiera spoilerów).
 
Nie nazywajmy Przeklętego dziecka ósmą częścią – mam wrażenie, że ułatwi to spojrzenie na wiele kwestii i pomoże pozbyć się gorszych wrażeń z lektury. Po pierwsze, jest to co prawda sequel całej historii, jednak w niewielkim stopniu do niej nawiązujący (a już na pewno nie we właściwy sposób). Po drugie, bohaterami będą potomkowie głównych postaci znanych z tomów I-VII i pomimo że ci również się pojawią, ich udział w historii będzie znikomy. Po trzecie – co jest moim zdaniem najważniejsze – na okładce Przeklętego dziecka widnieje nazwisko Rowling napisane największą czcionką (z wiadomych przyczyn), co nie oznacza, że jest to scenariusz jej autorstwa. Za napisanie sztuki opowiada obsypany nagrodami dramaturg Jack Thorne (informacja o jego sztukach nie jest szczególnie istotna, ale wprowadza nieco ironii), a sama Rowling współuczestniczyła jedynie w kreacji pomysłu na fabułę. Raczej skromny udział, ponieważ Przeklęte dziecko powstało przede wszystkim, by pokazać je na deskach teatru w londyńskim West Endzie.

Cała sztuka przedstawia historię Albusa Severusa Pottera, któremu przypadł nieprzyjemny zaszczyt bycia synem tego Pottera. Chłopiec nie ma w życiu lekko: nie dość, że nie dorasta ojcu do pięt, co zdają się sugerować wszyscy na około, to w dodatku ich relacje także nie układają się najlepiej. Albus rozpoczyna naukę w Hogwarcie, gdzie jego nazwisko rozsławiła pamiętna, rozegrana dziewiętnaście lat wcześniej bitwa, a tam poznaje Scorpiusa Malfoya – od pierwszej chwili chłopcy zostają najlepszymi przyjaciółmi. Jednak nad rodziną Potterów zaczynają się gromadzić czarne chmury: kiedy nadarza się okazja, żeby odwrócić błędny przeszłości, bolesne wspomnienia dają o sobie znać, a ciemność nadchodzi z niespodziewanej strony.

Nie jest tragicznie – to jedna z pierwszych myśli, które pojawiły się w mojej głowie po przeczytaniu kilku stron – i do końca nie było. Po wszystkich negatywnych opiniach na temat scenariusza Przeklętego dziecka spodziewałam się czegoś dużo, dużo gorszego, dlatego możemy powiedzieć, że całość zaskoczyła mnie pozytywnie. Gdzieniegdzie zachowano cudowny styl Rowling, a w kilku miejscach udało przywołać się momenty magii: przede wszystkim są to sceny rozgrywające się w Hogwarcie. Kilka prawdziwie zabawnych dialogów, malutkie zajawki życia bohaterów po skończeniu szkoły, sporo zaklęć – nie brzmi to wyjątkowo obiecująco, szczególnie kiedy okazuje się, że tej magii w stosunku do reszty jest naprawdę niewiele, dla niej samej warto sięgnąć po Przeklęte dziecko. Nawet jeśli całość bardziej rozczarowuje niż ekscytuje – warto chociażby dla świata, który udało się odtworzyć całkiem nieźle.

Sama fabuła brzmi absurdalniej niż faktycznie została wykreowana: niektóre z pomysłów zadziwiają (tak, czasami głupotą), a w wielu momentach brakuje logiki – zupełnie jakby twórcy kierowali się myślą szybko, zanim ktoś zauważy! – jednak pomysł nie ma w sobie niczego złego. Odniosłam całkiem miłe wrażenie, jakby Rowling, pokazując, że wykreowana przez nią w siedmiu tomach historia nie mogła potoczyć się inaczej, puszczała oczko sama do siebie. Największą zaletą serii o Harrym Potterze jest połączenie wielu mniejszych wątków, wydarzeń i przesłanek w zapierającą dech w piersiach całość (taki efekt wywarły na mnie Insygnia Śmierci), tymczasem Przeklęte dziecko udowadnia, że jeśli zaburzymy jeden z tych elementów, zaburzymy cały bieg historii. Wprowadza to wiele zamętu w życie bohaterów oraz w samą fabułę, co nie zmienia faktu, że na scenie spektakl musi prezentować się znakomicie.

Udało się zachować świat magii, sylwetek bohaterów już nie. Twórcy scenariusza postawili przede wszystkim na kreacje przemian, które zachodzą w głównych postaciach. Pewne z nich dotyczą głównych bohaterów Przeklętego dziecka – Albusa i Scorpiusa – którzy zmieniają się wraz z odwracanymi stronami książki. Inne – wynik niekompetencji Jacka Thorne’a – są  przemianami postaci znanych z oryginalnej serii, które potraktowano w okropny sposób. Trudno znaleźć wspólne cechy Harry’ego, Hermiony i Rona (to, co zrobiono z Ronem powinno być karalne) z ich wersjami z serii Rowling. Całość nie zasmucałaby równie mocno, gdyby pierwszoplanowe postacie, młodzi czarodzieje, rekompensowaliby swoimi sylwetkami błędy przy kreacji starszego pokolenia. Niestety, Albus jest postacią nie tyle co irytującą, co zwyczajnie papierową, którą nie sposób się przejąć; jest niepodobny do Harry’ego z lat szkolnych, co jest w sumie bolesne dla czytelnika związanego ze wszystkimi tomami. Scorpius Malfoy jest swego rodzaju jaśniejącą gwiazdą Przeklętego dziecka – chyba najlepszą decyzją w tym wypadku byłoby obsadzenie go w głównej roli. Relacja między chłopcami również nie jest poprowadzona najlepiej – twórcy popadli w sztuczność, na siłę próbując zobrazować przywiązanie Albusa i Scorpiusa do siebie i z czegoś, co mogło zostać piękną przyjaźnią, zrobiono kiczowatą relację naszpikowaną tanimi (i bardzo słabo wykreowanymi) sugestiami.

Ciekawym wątkiem w Przeklętym dziecku jest niszczejący kontakt Harry’ego z synem. Udało się pokazać, że bohaterowi ciężko być odpowiednim ojcem, ponieważ nigdy sam  go nie miał. W moim przeświadczeniu zawsze istniało wyobrażenie, że jeśli Rowling kiedykolwiek zdecyduje się na napisanie kontynuacji, Harry w roli rodzica sprawdzi się wyśmienicie – a tu proszę, niespodzianka, choć wyjątkowo sensowna. Z drugiej strony, wątek znowu psuje kreacja Albusa, którego trudno nie nazwać trudnym i niezrozumiałym dzieckiem, jednak czytelnicy mogą czuć się zaspokojeni relacjami rodzinnymi Dracona Malfoya, które wykreowane są znacznie naturalniej i dodatku wprowadzają nieco ciepła na strony scenariusza.

Główny problem Przeklętego dziecka to jego wykonanie od strony technicznej, co mogłoby być w sumie zabawne, gdyby nie było tak zasmucające. Jack Thorne jest nazwany wybitnym dramaturgiem, którego sztuki, wystawiane w największych teatrach świata, zostały obsypane mnóstwem nagród. Tymczasem Przeklęte dziecko jest beznadziejnie napisane. Nie chodzi nawet o fabułę, która może budzić kontrowersje, lecz o same dialogi, na których będziemy bazować, poznając historię, jak to bywa w przypadku sztuk teatralnych. I tak właśnie dialogi psują cały odbiór książki. Są wymuszone, sztuczne, bardzo często niezrozumiałe i posunięte do granic śmieszności. Żarty rzucane nieustannie przez naszych bohaterów bardzo rzadko wywołują coś poza zażenowaniem – głównie związanym z niesprawiedliwym potraktowaniem postaci. Możliwe, że w wielu przypadkach negatywny odbiór scenariusza spowodowany był niekompetencją Thorne’a, a nie niektórymi rozwiązaniami fabularnymi; mam jednak wrażenie, że klimat sztuki i mnóstwo efektów specjalnych rekompensuje sztuczność wypowiedzi, kiedy sztuka wystawiana jest na scenie. Wielka szkoda, że Rowling nie jest autorką scenariusza, bo z pewnością z jej piórem całość wypadłaby znacznie lepiej (szansa, by się o tym przekonać, nadejdzie wraz z premierą Fantastycznych zwierząt i jak je znaleźć, jako że pisarka jest scenarzystką filmu).

Podsumowując, Harry Potter i przeklęte dziecko ma więcej wad niż zalet, jednak lektura scenariusza nie wywołała we mnie szczególnie negatywnych emocji. Myślę, że jest to głównie związane z innym nazwiskiem, które jest odpowiedzialne za napisanie go. Nie przywiązuję tego tekstu do J. K. Rowling, a samej książki do całej serii. Poza tym jako fance trudno spojrzeć mi na całość z wielkim wyrzutem. Gdyby scenariusz nie był powiązany z Harrym Potterem, pewnie żałowałabym wydanych pieniędzy i straconego czasu. Jednak dzięki kilku niewielkim momentom, które pojawiają się w tekście – a bardzo często jest to jedno zdanie, opis miejsca czy nawet nazwa zaklęcia – skończyłam czytać Przeklęte dziecko z uśmiechem na ustach. Jako czytelniczka nie odebrałam książki pozytywnie, ale jako zdesperowana pottermaniaczka byłam wdzięczna za kilka drobnych scen, które pozwoliły mi po raz kolejny złączyć się z ukochanym światem i bohaterami.
Julia
J.K Rowling, Joh Tiffany & Jack Thorne, Harry Potter i przeklęte dziecko, Wydawnictwo Media Rodzina, 2016, stron: 354

sobota, 17 września 2016

„Psy” – Alan Stratton

Jest coś specjalnego w powieściach grozy pisanych dla znacznie młodszych odbiorców. Podczas gdy większość autorów standardowych horrorów lub thrillerów kładzie nacisk na budowanie napięcia i otoczki mistycyzmu, w literaturze young adult pisarze bardzo często wyciągają na główny plan problemy bardziej codzienne. Nie inaczej stało się w przypadku Psów Alana Strattona – na pierwszy rzut oka to typowa opowieść o duchach. Na drugi, to historia o utracie i odzyskiwaniu rodziny.
Głównym bohaterem powieści jest nastoletni Cameron, który połowę życia spędził, uciekając. Jego matka jest pewna, że jej mąż, z którym rozstała się kilka lat wcześniej, prześladuje ich każdego dnia. Wraz z synem nigdy nie zostają w jednym miejscu na dłuższy czas, przenosząc się z domu do domu. Kiedy ojciec Camerona po raz kolejny wkracza w ich życie, przeprowadzają się do starego, od dawna niezamieszkanego domu w małej wiosce Wolf Hollow. Pierwszy dzień w szkole uzmysławia chłopcu, że o domu krążą między mieszkańcami przerażające historie, które bardzo szybko okazują się prawdą.

sobota, 10 września 2016

„Malfetto. Mroczne piętno” – Marie Lu

Tak długo zwlekałam z przeczytaniem najsłynniejszej powieści Marie Lu, rozpoczynającej trylogię Legenda, że ostatecznie całkiem o niej zapomniałam. Z braku ciekawych książek pod ręką sięgnęłam po Malfetto. Mroczne piętno, które rozpoczyna kolejny cykl autorki. I to nie był najlepszy wybór. Możliwe, że na ocenę wpłynęły małe chęci przeczytania książki, możliwe, że Mrocznie piętno nie jest najlepszą książką w swojej kategorii lub możliwe, że wyrosłam z tego typu powieści. Nie ma to jednak znaczenia - czuję się zawiedziona bez względu na okoliczności.
Po pierwsze, powieści Marie Lu brakuje oryginalności. Autorka przenosi nas na ulice renesansowych Włoch, jednak nie takich, jakie byśmy sobie wyobrażali – łatwo zgadnąć, że i tym razem pojawi się coś nie z tej ziemi. Tym razem będzie to choroba (czy tego już przypadkiem gdzieś nie było?), która zmieniła ludzi w malfetto, czyli bardzo niebezpieczne istoty obdarzone pozaziemskimi mocami. Główna bohaterka, Adelina, stała się jedną z nich. Choroba ściągnęła hańbę na życie jej rodziny, a na jej własne przekleństwo. Wszyscy malfetto są wyłapywani i poddawani surowej karze – najczęściej śmierci – co skutkuje odtrąceniem Adeliny ze strony młodzieńców, a to z kolei pogrzebaniem szans na udaną i przyzwoicie wiedzioną przyszłość. Jednak pewnego dnia w domu jej ojca zjawia się młodzieniec, Enzo, który jest zainteresowany nie tyle jej ręką, co jej całą osobowością – a szczególnie tą mroczniejszą stroną. Adelina rozpoczyna szkolenie swoich umiejętności pod okiem Enzo, a także dowiaduje się, że jej moc może być zarówno jej największym przekleństwem i zarazem darem losu.

czwartek, 28 lipca 2016

#me – Joanna Fabicka

Zacznę od tego, co rzuca się w oczy, jak weźmie się do ręki tę książkę. Od jej rozmiaru - „#me” liczy sobie dwieście sześć stron. Przez taką objętość trudne jest głębokie wniknięcie do świata powieści. Każda grubość książki ma swoje wady i zalety, ale ja po prostu nie przepadam za tymi krótkimi. Lubię, jak powieść jest rozbudowana – ma wiele wątków pobocznych i bohaterów. Przy takiej objętości osiągnięcie tego jest niemożliwe. W przypadku „#me” moje obawy niestety okazały się uzasadnione.
Świat nastoletniej Sary jest koszmarny, dziewczyna nie ma swojego miejsca na ziemi. W szkole jest odrzucona i wyzywana, w domu czeka na nią pijana matka nieprzejmująca się niczym. Mimo wszystkich przeciwności i przeszkód Sara się nie poddaje i stara się wrócić do społeczeństwa. Poznaje chłopaka swoich marzeń – Józka i zakochuje się w nim bez pamięci. Sara znajduje szczęście i ciągle traci je na nowo, przez matkę alkoholiczkę.

piątek, 22 lipca 2016

„Mroczniejszy odcień magii” – V.E. Schwab

Niektóre książki fantasy – a należy podkreślić, że nie przepadam za tym gatunkiem – mają w sobie po prostu coś eleganckiego. Nie ujmują wszelkiego rodzaju magicznymi istotami, smokami czy też innymi jednorożcami, ale zachwycają konstrukcją świata – subtelną, ale i zapadającą w pamięć. Niewiele książek fantasy naprawdę do mnie przemawia, ale te, które przywodzą na myśl samą klasykę, zawsze trafiają w moje gusta. Podobnie jest z Mroczniejszym odcieniem magii, światowym bestsellerem, w  którym po prostu widać niezwykły kunszt autorki.
Głównym bohaterem debiutu Schwab jest Kell – jeden z dwóch magów, którzy dzięki swoim umiejętnościom mogą podróżować między trzema Londynami. Jeden z nich, Szary, jest miastem, w którym ludzie zapomnieli, czym jest magia. Drugi, Biały, jest owiany strachem, głodem i śmiercią czającą się za każdym rogiem. Natomiast w trzecim Londynie – Czerwonym, z którego pochodzi Kell – magia wisi w powietrzu i płynie w żyłach mieszkańców. Kiedyś było także czwarte miasto, Czarny Londyn, ale teraz bliżej mu do legendy. W czasie, kiedy Kell nie pośredniczy między monarchami trzech miast, zajmuje się przemytem: przenosi przedmioty z jednego Londynu do drugiego. Uprawiając swoje niebezpieczne i nielegalne gierki, Kell zostaje wrobiony w intrygę, którą może przepłacić życiem – w jego ręce wpada przedmiot z Czarnego Londynu, a to oznacza jedno: kłopoty.

piątek, 15 lipca 2016

„Magisterium. Miedziana rękawica” – Holly Black, Cassandra Clare

Pierwszą część serii Magisterium recenzowała na blogu  Dana. Z jej opinią możecie zapoznać się tutaj. Ja się pod nią podpisuję, gdyż również u mnie seria (już po przeczytaniu drugiego tomu) wywołuje skojarzenia z serią o Harrym Potterze i także ja uważam, że ta seria to dobry wybór na letnie upały – jest lekka i wciągająca. I chociaż Magisterium to nie Hogwart, a Callum Hunt to nie Potter – warto dać szansę także tej serii, zwłaszcza jeśli jest się młodszym czytelnikiem.
Przed Callem, Tamarą i Aaronem drugi rok w szkole magii – Magisterium. Po przejściu Próby Żelaza rozpoczynają Rok Miedzi – podobno najtrudniejszy i najbardziej wyczerpujący rok nauki w szkole. Na młodych uczniów czekają nowe wyzwania – misje. Ponieważ adepci sztuki magicznej znają już teorię, będą musieli się wykazać w zadaniach terenowych, opuszczając nawet bezpieczne mury Magisterium. Wkrótce po rozpoczęciu roku na szkołę i magów pada blady strach – ktoś ukradł Alkahest, miedzianą rękawicę, która wykuta została z  połączenia wszystkich żywiołów i miała tylko jeden cel: pozbawić maga chaosu (makara) jego niezwykłej i rzadkiej zdolności, ponieważ makar posiada zdolność kontrolowania chaosu (w książce jest nim na przykład Aaron, przyjaciel głównego bohatera). Rękawica w rękach zła może przymieść spustoszenie i zagładę wielu magów. Call, Tamara, Aaron – nie bacząc na niebezpieczeństwo – wyruszają z niebezpieczną misją odzyskania cennego przedmiotu.

wtorek, 5 lipca 2016

"Moje nowe życie” - Meg Rosoff

Piętnastoletnia Daisy zostaje wysłana przez ojca do rodziny mieszkającej w Anglii. Tam poznaje trójkę kuzynów,  w tym czternastoletniego Emonda. Niespodziewanie między dwója nastolatków zaczyna rozkwitać uczucie, które ma niewiele wspólnego z braterską miłością. W tym samym czasie wybucha wojna, a Anglia zostaje zaatakowana przez obcą armię, co sprawia, że Daisy wraz z rodziną musi uciekać i walczyć o przeżycie.

Nie spodziewałam się, że “Moje nowe życie” okaże się tak intrygującą lekturą. Pomimo młodego wieku głównej bohaterki (nawet w powieściach Young Adult spotykamy się zazwyczaj ze starszymi bohaterami), powieść Meg Rosoff nie drażni dziecinnością, choć czytając początek, właśnie tego się obawiałam: nie od razu zagłębiłam się w narrację i nie od razu zaciekawiłam się fabułą przez dosyć banalną stylistykę zdań. Sama Daisy również mnie nie urzekła - ciężko mówić cokolwiek o kreacji jej charakteru, jednak nie to jest największą zaletą powieści Rosoff - ale na szczęście to uczucie szybko minęło. Jako że książka nie należy do najdłuższych, nie możemy narzekać na wolno rozkręcającą się fabułę.

Urzekł mnie niezwykły klimat, który towarzysz “Mojemu nowemu życiu” i który z jakiegoś powodu kojarzy się z klasycznymi powieściami dla dzieci (chociaż, jeszcze raz: “Moje nowe życie” to książka przeznaczona typowo dla nastolatków). Jest w sielankowej atmosferze, zderzonej następnie z przejmującym niepokojem o przyszłość, jakaś głębia, dzięki której książka Meg Rosoff zapada w pamięć, pomimo nieciekawej kreacji bohaterów. Sama wojna została przedstawiona w intrygujący sposób: z jednej strony sugestywnie i dosłownie - z opisami typowo wojennej brutalności - z drugiej, raczej obrazowo - do samego końca nie dowiadujemy się nic o jej przyczynach czy skutkach. Świetny zabieg, który skupia naszą uwagę nie na przyczynach konfliktu, ale na wpływie, jaki ma na bohaterów.

Jednak wątkiem, który okazał się znacznie bardziej intrygujący, to wątek romantyczny: nietypowy, bo między dwójką kuzynów. Pierwszoosobowa narracja Daisy jest pełna nastoletniej namiętności, nie do końca niewinnej, ale nadal subtelnej i łagodnej. Meg Rosoff opisała uczucie między nastolatkami w piękny i przejmujący sposób, a zgrywając go z dramatami wojny, dodała mu dodatkowy wymiar. W efekcie historia Daisy ma wiele wspólnego z dawnymi melodramatami, z żołnierzami i ich ukochanymi w rolach głównych.

“Moje nowe życie” ma w sobie świetny pomysł, który został ciekawie oddany, a także urzekający klimat. Kreacja bohaterów nie jest jednak tak zachwycająca: o samej Daisy od początku nie wiemy zbyt wiele, natomiast jej kuzyn wydaje się jeszcze mniej intrygującą postacią - właściwie autorka zaznacza jedynie, jak wielce zakochana jest w nim dziewczyna. Największy wpływ na emocje bohaterów ma wojna - wraz z jej biegiem Daisy dorośleje, mierzy się z własnymi lękami i pragnieniami. Miałam jednak wrażenie, że to jedyna okazja, żeby poznać charakter bohaterki, a raczej jego lepszą część.

“Moje nowe życie” okazało się miłym zaskoczeniem. Choć powieść jest krótka i w kilku aspektach niedopracowana, zaciekawił mnie panujący w niej klimat. Z jednej strony jest to słodko-gorzka opowieść o dojrzewaniu i zakochiwaniu się, z drugiej - dramatyczna historia o nastolatce, która sama musi mierzyć się z dramatem wojny. Jest w niej coś romantycznego, ale i tragicznego. Wielka szkoda, że Meg Rosoff nie napisała powieści dłuższej i znacznie bardziej rozbudowanej, dzięki czemu - jestem pewna - “Moje nowe życie” zyskałaby miano jednej z najciekawszych lektur gatunku. Wyszło nieźle, ale nie idealnie: uczuciowe rozterki nastolatków na wojnie to nie wszystko, choć, jak się okazało w tym przypadku, całkiem sporo.

Julia

Za możliwość przeczytania książki dziękujemy Wydawnictwu YA!




Meg Rosoff, Moje nowe życie, Wydawnictwo YA!, 2016, stron: 256

piątek, 1 lipca 2016

„Śpiący Książę" - Melinda Salisbury


W poprzednim tomie - “Córce zjadaczki grzechów” (cała recenzja) - miałam przyjemność poznać historię Twylli, wcielonej bogini, zaręczonej z następcą tronu religijnego królestwa. Spodziewałam się po “Śpiącym Księciu” kontynuacji tej powieści z niezmienioną główną postacią. Już po pierwszych paru stronach moje oczekiwania zostały zaprzepaszczone przez nową narratorkę. Początkowo byłam rozczarowana, ale szybko przekonałam się, że kreacja głównej bohaterki trzyma poziom.
Tym razem narratorką jest początkująca aptekarka, skazana na samotne życie z szaloną matką, która chce ją zabić. Jej życie nie jest usłane różami: ubóstwo i wojna ze Śpiącym Księciem - mistyczną istotą, chcącą podbić jej królestwo z pomocą golemów, przysparza Errin coraz więcej problemów. Jedynym oparciem jest dla niej Silas - tajemniczy mężczyzna z twarzą zawsze skrytą pod kapturem, który jako jedyny kupuje od niej mikstury.


To właśnie Silas jest głównym motorem akcji, dzięki niemu Errin opuszcza swoją wioskę i wyrusza w podróż po królestwie. To jego tajemnice stanowią podwaliny fabuły i nadają jej niezwykłego charakteru. Jest niewątpliwie jedną z najbardziej intrygujących postaci serii. Jego kreacja jest świetnie dopracowana.  Zastanawiałam się, co może kryć się za kapturem i nie dostrzegałam innych jego cech. Dopiero gdy rąbek tajemnicy został odsłonięty, mogłam w pełni docenić jego skomplikowaną budowę.

Bohaterowie byli dużym plusem, autorka świetnie radzi sobie z kreowaniem ciekawych i rozbudowanych postaci. Najlepszą okazał się tytułowy Śpiący Książę. W pierwszym tomie spotykamy się z nimi jako legendą, w drugim poznajemy go jako osobę z krwi i kości, z problemami, planami i charakterem. Jego opowieść i motywy działania są niezwykle intrygujące i warte poznania.

Historia Errin była z początku nudna. Tak samo jak w “Córce zjadaczki grzechów” początek był wprowadzeniem, opisującym sytuacje polityczną, którą znamy doskonale z pierwszego tomu. Z każdą stroną akcja nabierała rozpędu, ale nie osiągnęła jak dla mnie zadowalającego tempa. Nawet w czasie najważniejszych wydarzeń czas był rozciągnięty i nierzeczywisty. Ogólnie powieść nie była zbytnio rozbudowana, był główny wątek i parę pobocznych, ale nie tworzyły one skomplikowanej sieci. Po drugim tomie oczekiwałam większego rozbudowania.

W “Śpiącym Księciu” nie zabrakło oczywiście wątku miłosnego. Od początku powieści uczucia Errin względem Silasa są oczywiste i wprost opisane. Ona go kocha, a on jej nie. Tak przynajmniej myśli dziewczyna, ma wiele dowodów: unikanie dotyku, chowanie twarzy, brak zaufania. Wszystko to może świadczy o braku uczuć, ale czy tak jest?

Wątek miłosny w tym tomie jest nieporównywalnie gorszy od tego w pierwszym tomie. Nie porwał mnie w najmniejszym stopniu, nie kibicowałam miłości bohaterów. Autorka zbagatelizowała ten wątek i poświęciła mu za mało czasu. Wielka miłość Errin była zbyt nierzeczywista i bezpodstawna, by jak dla mnie być piękną.

Drugi tom jest gorszy od pierwszego, nie tylko w tym. Wątek fantasy i mistycyzmu zszedł w “Śpiącym Księciu” na dalszy plan. Zniknęły bóstwa, rozbudowana religia i magia, została nauka i rozum. Tę zmianę najlepiej oddaje zmiana głównej bohaterki: z zabijającej dotykiem narzeczonej księcia do aptekarki. Książka wiele straciła z magią.

Mimo wad “Śpiącego Księcia” czyta się szybko i przyjemnie. Opowieść jest chwilami mroczna i intrygująca, zmusza czytelnika do czytania. Ostatnie strony były pełne napięcia, wszystkie wątki w końcu się splotły, tworząc sensowną całość. Końcówka, porównując do całości, powala na kolana. Po takim zakończeniu z przyjemnością przeczytam kolejny tom.
Dana

Książkę przeczytaliśmy dzięki uprzejmości Wydawnictwa Zielona Sowa.


Melinda Salisbury, Śpiący Książę, Wydawnictwo Zielona Sowa, 2016, stron: 336
  

piątek, 17 czerwca 2016

„Ponad wszystko” – Nicola Yoon

Jak powszechnie wiadomo, najlepiej uczymy się na błędach, szczególnie tych, które popełniamy jako dzieci. Pierwsze lata rozwoju są dla człowieka szczególnie ważne – właściwie od nich przede wszystkim zależy, jak będzie wyglądało nasze późniejsze życie i jak się do niego przystosujemy. Jednak czy możemy przystosować się do unikania niebezpieczeństw i niepotrzebnych problemów, żyjąc w wysterylizowanym świecie? Na to pytanie postarała odpowiedzieć Nicola Yoon w swojej debiutanckiej powieści, która podbiła listę bestsellerów New York Timesa.
Maddy nigdy nie opuściła rodzinnego domu – nigdy nawet nie przekroczyła jego progu. Od urodzenia cierpi na SCiD, chorobę powszechnie zwaną alergią na świat. Wszystko, nawet najmniejszy pyłek, jest w stanie przyczynić się do jej śmierci, dlatego lepiej, żeby pozostała w wysterylizowanej od najmniejszych mikrobów białej bańce, jaką jest jej pokój, bo być może właśnie to zdoła ją ocalić. Pewnego dnia do sąsiedniego domu wprowadza się wraz z rodziną młody chłopak, który od razu przyciąga uwagę Maddy. Kiedy dziewczyna poznaje go bliżej, poznaje także bliżej świat, a co za tym idzie, prawdę o sobie.

czwartek, 9 czerwca 2016

“Dwór cierni i róż” - Sarah J. Maas

Nastoletnia Feyra była jedyną karmicielką rodziny. Zdobywała jedzenie, polując w niebezpiecznym lesie, przy murze dzielącym świat na część ludzką i magiczną. Jej ojciec i dwie starsze siostry wydawali całe zarobione przez nią pieniądze na błahostki tylko dlatego, że nie mogli pogodzić się z utratą dawnego bogactwa i za wszelką cenę pragnęli utrzymać życie na podobnym poziomie. Feyra jako jedyna żyje dniem dzisiejszym i stara się zapewnić rodzinie godny byt. Nikt tego nie zauważał, nikt nie doceniał.

Zimą było szczególnie ciężką i głód zaglądał Feyre w oczy. Podczas jednego z zimowych wypadów do lasu dziewczyna zabiła wilka. Pieniądze uzyskane za jego skórę pomogłyby przetrwać jej rodzinie całą zimę. Tak się nie stało, wilk okazał się być zamienioną w zwierzę magiczną istotą. Feyra dowiedziała się tego, gdy na progu jej chatki zjawił się Fae pod postacią bestii, żądający zadośćuczynienia za śmierć swojego przyjaciela. Jako że karą za zabicie istoty jest życie, Feyra musi wybierać między natychmiastową śmiercią a dożywotnim pobytem w krainie Fae. Wybór był oczywisty.

wtorek, 7 czerwca 2016

"Ocalona" - Alexandra Duncan

Ta książka była dla mnie dużym zaskoczeniem. Pewnie dlatego, że niekoniecznie miałam ochotę ją przeczytać, a do lektury zostałam trochę przymuszona. Nie żałuję tego przymuszenia, gdyż okazało się, że mam do czynienia z naprawdę fajną i wciągającą lekturą. I nawet gatunek, science-fiction, nie przeszkadzał mi w ogóle, mimo że nie jestem fanką takich książek.


Główną bohaterką i jednocześnie narratorką opowieści jest nastoletnia Ava, której życie upływa na handlowym statku kosmicznym, który krąży wokół Ziemi. Na statku panują okrutne reguły: rządzi patriarchat i fundamentalistyczna religia. Ona jako dorastająca kobieta pozbawiona jest praw, a traktowana jak przedmiot. Najmniejsze nieposłuszeństwo jest karane bardzo surowo, dlatego bohaterka stara się przystosować do reguł i być grzeczną dziewczyną – tak podpowiada jej rozum. Serce to jednak nie sługa i Ava zakochuje się w Lucku, chłopaku z innego statku. Za ich potajemne spotkanie przyjdzie Avie gorzko zapłacić. Ava zostanie wyrzucona ze społeczności, trafi na wyniszczoną klęskami żywiołowymi Ziemię, a tutaj przyjdzie jej tutaj toczyć nierówną walkę  o przetrwanie.

niedziela, 1 maja 2016

„Strasznie głośno, niesamowicie blisko” – Jonathan Safran Foer

Zanim przeczytałam książkę Jonathan Safrana Foera, obejrzałam film na jej podstawie, z Sandrą Bullock i Tomem Hanksem w rolach głównych, który niespodziewanie mnie poruszył. Minęło sporo czasu, zanim w końcu sięgnęłam po pierwowzór napisany przez mężczyznę, który jest oceniany jako jeden z najzdolniejszych amerykańskich pisarzy młodego pokolenia. Rekomendacje rekomendacjami, ale po raz kolejny okazało się, że film nie może się równać z książką.

Strasznie głośno, niesamowicie blisko” to poruszający dramat dziecka, które mierzy się ze stratą ukochanego człowieka. Dziewięcioletni Oscar nie może się pogodzić ze śmiercią ojca, który zginął w ataku na World Trace Center. Chłopiec ma wrażenie, że przed śmiercią ojciec zostawił mu pewną wskazówkę, a kiedy w wazonie znajduje tajemniczą kopertę z nazwiskiem „Black”, a w niej klucz, upewnia się w tym przekonaniu. Pchany desperacją, by po raz ostatni zetknąć się z ojcem, Oscar rozpoczyna wędrówkę po Nowym Yorku w poszukiwaniu Blacka, który mógłby pomóc mu rozwikłać zagadkę.

Kiedy dokonano ataku na WTC, nie miałam nawet sześciu miesięcy, ale pomimo to nie potrafię sobie przypomnieć, kiedy pojawiła się u mnie świadomość, co stało się 11 września; może jak miałam osiem lat, może więcej. Pomimo że cały świat pamięta, prawdopodobnie nikt nie pochyla się nad tym dniem tak jak Amerykanie. Bez względu na to, ile pytań rodzi się w związku z tą datą, bezsprzecznie dramat, który spotkał ludzi znajdujących się w nieszczęsnym momencie w którejś z Wież, oraz ich rodziny, jest przykładem bestialstwa. Historię ludzi, którzy musieli zmierzyć się z tą tragedią, opisuje Jonathan Safran Foer w swojej drugiej powieści, jednocześnie dowodząc, że pewne sytuacje rodzą się bez przyczyny, a na inne nie mamy żadnego wpływu. I choć od dziecka wiemy, że ludzie rodzą się i umierają, nic nie jest w stanie przygotować nas na stratę najbliższej osoby.

Dla Oscara, głównego bohatera „Strasznie głośno, niesamowicie blisko”, tą osobą był ojciec, a relacja, którą chłopiec z nim miał, jest poruszająca. Oscarowi, odrzuconemu przez kolegów, piszącemu listy do największych umysłów tego świata, by poznać odpowiedzi na pytania, które go gnębiły, rzeczywistość objaśniał właśnie ojciec. Kiedy nagle go brakuje, chłopiec zaczyna się gubić w otaczającym go świecie. Może gdyby miał przy sobie ukochaną osobę, mógłby zrozumieć tragedię, jaka go spotkała. Ale co zrobić, gdy ukochana osoba była jednocześnie ofiarą tej tragedii? W umyśle dziewięciolatka strata rodzica nie ma najmniejszego sensu, jedyne, co można zrobić, to w jakiś sposób się z nią pogodzić. Książka Foera obrazuje desperację dziecka, by jeszcze raz znaleźć się przy ojcu, którego odebrano mu tak gwałtownie; by znaleźć pewną odpowiedź i sposób na to, jak pogodzić się ze stratą.

Strasznie głośno, niesamowicie blisko” to opowieść, w której mieszają się losy ludzi powiązanych z mężczyzną, który zginął w ataku na WTC – jedną z nich jest syn, inną matka. Ta książka poruszyła mnie niesamowicie z wielu przyczyn. Jednym z nich jest sam główny bohater – dziewięcioletni Oscar, który jest nieakceptowany przez rówieśników, a przez lekarzy uznawany nawet za chorego umysłowo. Jego osobowość jest jednocześnie zachwycająca i zasmucająca. Autor bez wątpienia nakreślił wspaniały obraz dziecięcego postrzegania świata. Kolejny powód to sposób, w jaki powieść została napisana. W języku Foera jest coś poetyckiego i dogłębnie poruszającego. Książkę, która podejmuje dotkliwy problem straty, autor zdołał napisać po części w ciepły i zabawny sposób. Jednak w żadnym wypadku nie jest to radosna powieść.

Strasznie głośno, niesamowicie blisko” charakteryzuje wnikliwość, z jaką autor próbuje zrozumieć, co dzieje się w umyśle dziecka, które straciło ukochanego ojca. Jest to także opowieść o wracaniu do przeszłości i mierzeniu się z nią, oraz stawaniem twarzą w twarz z dawnymi błędami. Po jej przeczytaniu uważam Foera za świetnego pisarza i z pewnością sięgnę po inne jego dzieła. Pomimo że znałam losy bohaterów, a także zakończenie tej historii, byłam nią poruszona, kiedy dobrnęłam do ostatniej strony. Z całego serca polecam ekranizację powieści, ale znacznie bardziej 
polecam samą powieść.

Julia


Jonathan Safran Foer, Strasznie głośno, niesamowicie blisko, Wydawnictwo WAB, 2007, stron: 457

wtorek, 5 kwietnia 2016

"Carry On" - Rainbow Rowell


Simon Snow jest najgorszym Wybrańcem, jaki kiedykolwiek został wybrany – tak twierdzi jego współlokator w szkole magii Watford, Baz, ale prawdopodobnie każdy, kto kiedykolwiek spotkał Simona, podziela to zdanie. Snow nie wydaje się najpotężniejszym czarodziejem wszech czasów: za każdym razem, kiedy podnosi różdżkę, coś wybucha, dlatego chłopak nie podnosi jej zbyt często. W dodatku jego dziewczyna z nim zerwała po tym, jak przyłapał ją na ewidentnej zdradzie ze współlokatorem. Nie to, żeby życie Simona było proste. Stracił rodziców, zanim ich poznał, ale już wtedy wielka przyszłość była mu przepowiedziana. Teraz wszyscy od niego wymagają poskromienia złych sił. Na końcu pozostaje Tyrranus Basilion Gimm Pitch, czyli dziedzic wielkiej fortuny dwóch historycznych czarodziejskich rodów, z którym Simon dzielił pokój od siedmiu lat. Baz próbował zabić Simona już trzy razy, a resztę czasu prawdopodobnie spędził na knuciu, jak dokonać tego po raz kolejny. Nienawiść to idealne słowo na określenie więzi, która ich łączy. Jednak oto rozpoczyna się kolejny, ostatni rok w Watford, szkole magii i czarodziejstwa, w którym Simonowi przyjdzie się zmierzyć ze swoim przeznaczeniem, mając u boku nikogo innego, jak Baza właśnie.

Carry On” jest najnowszą książką Raibow Rowell, autorki takich bestsellerów jak „Eleonora i Park czy „Fangirl” właśnie, w której po raz pierwszy spotkaliśmy się z historią Simona i Baza. Główna bohaterka „Fangirl” – Cath - jest szaloną fanką serii powieści o Simonie Snowie  (który jest kimś w rodzaju Harry’ego Poterra, ze swoją różdżką, trójką oddanych przyjaciół i przepowiednią wielkości) i, jak większość fangirls, pisze fanfiki. O Simonie i Bazie, ale nie w roli antagonistów, jak w oryginalnych książkach, lecz… zakochanych w sobie chłopców. Rainbow Rowell, podobnie jak Cath, najwyraźniej dostrzegła potencjał tego rozwiązania. Zapytana przez fanów, czy napisała „Carry On” jako Gemma T. Leslie – wykreowana przez nią postać, która w „Fangirl” figuruje jako autorka powieści o Simonie Snowie – czy może jako Cath, a wtedy „Carry On” należałoby traktować jako fanfiction, odpowiedziała, że napisała „Carry On” jako ona sama. Ponieważ uznała, że jest dłużna Simonowi i Bazowi,  a także wszystkim swoim fanom dookoła świata opowiedzenie tej historii. Po przeczytaniu powieści w oryginale mogę zapewnić, że zrobiła to pierwszorzędnie.

Eleonora i Park” oraz „Fangirl” nie urzekły mnie na tyle, żebym mogła zrozumieć fenomen Rainbow Rowell oraz w pełni docenić jej kunszt, chociaż przy drugiej powieści pisarki dostrzegłam, że skrywa w sobie pewien talent. Przede wszystkim jest to talent do opowiadania słodkich i lekkich historii, a przy tym ukrywania w nich drugiego, gorzkiego i przejmującego dna. Szczególnie w „Fangirl” udało jej się to znakomicie. „Carry On” wypada pod tym względem zupełnie inaczej: nadal jest to słodka historia z odrobiną goryczy, która czyni bohaterów bardziej realistycznymi, ale tym razem okazało się, że jest to również niespodziewanie urocza powieść – do tego stopnia, że nie mogłam przestać uśmiechać się, czytając ją.

Ale wiem, gdzie leży problem: problem zazwyczaj leży w stylu pisania, a przynajmniej tak było w tym przypadku. Do języka stosowanego w „E&P” oraz „Fangirl” miałam mieszane uczucia, natomiast ten w „Carry On”, które przeczytałam w oryginale, podbił moje serce, co oznacza, że w przypadku dwóch pozostałych powieści zawiodło tłumaczenie. Tym samym Rowell obroniła swój wątpliwy talent w moich oczach. Jej styl pisania w „Carry On” jest urzekający, lekki, przyjazny i uroczy. Nie mogłam odłożyć książki nawet na godzinę. Jeśli czuliście się zawiedzeni przez „Eleonorę i Parka” lub „Fangirl”, koniecznie sięgnijcie po „Carry On” – najlepiej w oryginale.

Bohaterowie całkowicie podbili moje serce. Simon jest typowym chłopcem, któremu nic w życiu nie wychodzi, natomiast wszyscy oczekują od niego za wiele. Jest najgorszym Wybrańcem, który sprosta swojemu zadaniu – o ile w ogóle mu sprosta – tylko dzięki cudowi. Został porzucony w dzieciństwie, wszystko wybucha mu w dłoniach, na wszystko narzeka i wiecznie chodzi głodny (przy tym uwielbia drożdżowe bułeczki). Natomiast Baz jest najmłodszym, całkowitym przeciwieństwem Simona, potomkiem wielmożnej rodziny Pitchów, a także wampirem – jak od zawsze podejrzewał Snow. Baz odgrywa w życiu Simona rolę największego nemezis, zarówno na polu znienawidzonego współlokatora, jak i w walce z czarnymi mocami. Jednak Rainbow Rowell prowadzi tory tej historii trochę inaczej: Simon i Baz, zamiast się dalej nienawidzić (jak robili przez siedem lat), powoli zakochują się w sobie. Ich relacja została wspaniale, intrygująco i uroczo wykreowana. To z pewnością moja ulubiona część „Carry On”. Jednak na innych frontach powieść również nie zawodzi: mamy tu kilku dobrze wykreowanych bohaterów drugoplanowych, ciekawą i wciągającą intrygę i uniwersum pełne magii i tajemniczych stworów, w którym teraz czarodziejskie rody toczą wojnę o władzę. Czytanie tej książki to świetna zabawa.

Carry On” to genialna wariacja na temat Harry’ego Pottera, ponieważ inspirację dziełem J.K. Rowling widać na każdym kroku, a pomimo to książka Rowell pozostaje niezwykle świeża i oryginalna. To idealna pozycja na leniwe popołudnie dla fanów obu pisarek, a także dla entuzjastów fantasy z przymrużeniem oka. „Carry On” to trochę upiorna historia, w dużej części historia miłosna, która dostarcza mnóstwo radości i optymizmu. Dzięki niej w końcu rozumiem, dlaczego tak wiele czytelniczek z całego świata uwielbia Rainbow Rowell. Chyba zaliczam się do tej grupy. Jeśli macie możliwość, sięgnijcie po „Carry On” już teraz; jeśli nie – oczekujcie z niecierpliwością polskiego wydania.

Julia

Wydanie angielskie: Rainbow Rowell, Carry On, , Macmilan Chirldren’s Books, 2015, stron: 528

piątek, 1 kwietnia 2016

PRZEDPREMIEROWO: "Chłopak, który stracił głowę" - John Corey Whaley


Premiera: 13 kwietnia

Dwa razy kozie śmierć.  To motto życiowe Travisa – chłopca, który zginął, ale przeżył. Zgodziwszy się wcześniej  na odcięcie, zamrożenie i hipotetyczne przyszłe przyszycie do innego ciała własnej głowy z mikroskopijną szansą na przeżycie.  W najlepszym razie Travis powróciłby do życia za wiele dziesięcioleci. Mimo to umierający na białaczkę nastolatek zdecydował się na szaleńczy zabieg, jedyny mogący mu zapewnić życie po życiu, jakiego pragnął.


Ku wielkiej radości całego świata stało się inaczej, niż przewidywano, medycyna rozwinęła się szybciej i Travis zmartwychwstał po zaledwie pięciu latach za pomocą ciała chłopca chorego na raka mózgu. Stając się pierwszym kriogenicznym nastolatkiem na świecie z niemałą sławą.

Dopiero po kopnięciu śmierci w tyłek Travis przekonał się, że powrót do życia nie jest tak bezproblemowy, jak się spodziewał. Medycznie wszystko było świetnie - aklimatyzacja w nowym ciele sprawiała większe problemy niż samo odcięcie głowy.  Pomijając odkrycie nowego rozmiaru majtek, najtrudniejszy okazał się nowy świat. Travis położył się na stole umierający i natychmiast obudził się zdrowy. Tak wyglądało to z jego perspektywy. Jego rodzice i przyjaciele, i cały świat normalnie żyli przez pięć długich lat niepewni, czy chłopak kiedykolwiek się obudzi.

piątek, 25 marca 2016

"Szaleństwo" - Susan Vaught


Szpital psychiatryczny imienia Lincolna w Never nie jest zwykłym budynkiem. Od początku swego istnienia przyciągał dziwne zjawiska i ludzi o niewytłumaczalnych zjawiskach. Ściany przesiąkły krzykiem szaleńców uznanych przez innych za niepoczytalnych. Czy wszyscy pacjenci byli szaleni? Odpowiedź jest prosta – nie. Niektórzy po prostu widzieli i umieli więcej niż inni. Wszystko dzięki magicznym przodkom. Teren szpitala nasiąkł ich krwią. Anomalie w jego pobliżu pomagały wielu nieczystym istotom przedostać się do świata życia. Miasteczka przed nadciągającym złem przez dziesięciolecia strzegła lokalna wiedźma, ale po wyrwaniu z łap śmierci swojego wnuka zaczęła słabnąć. Jedyną nadzieją na bezpieczeństwo Never jest nastoletnia Forest, która nie ma pojęcia o swoim dziedzictwie.  Wraz początkiem akcji książki dziewczyna rozpoczyna pracę w szpitalu, gdzie jest świadkiem niewytłumaczalnych zjawisk, których normalni śmiertelnicy nie mogliby dostrzec. Wiedziona ciekawości zdobywa coraz więcej informacji o zjawiskach paranormalnych w Never i spotyka ludzi podobnych do niej.

Akcja „Szaleństwa” rozpoczyna się bez wprowadzenia i jak dla mnie ma za szybkie tempo. W jednej chwili czytałam o czesaniu chorej umysłowo staruszki, a w następnej o pojawieniu się „Księcia Ciemności” ze sforą dzikich psów i krwiożerczych gęsi. Nie mogłam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. To szaleńcze tempo stopniowo zwalniało. Na początku było czystym szaleństwem niedającym się w jakikolwiek sposób ogarnąć, na końcu wlokło się jak mucha w smole, czyli tempo zwalniało zamiast przyspieszać.

piątek, 18 marca 2016

"Zdrada" - Marie Rutkowski

„Pojedynek” okazał się świetną powieścią Young Adult, która miała wszystko, co należy: ciekawie poprowadzoną fabułę, przejmującą intrygę i zaskakujących bohaterów. Akcja powieści rozgrywa się w świecie wypełnionym przepychem, zdradami i plotkami, a także nieprzemijającą aurą zwycięstwa. To świat wykreowany niezwykle barwnie, który zaciekawił mnie już od pierwszych stron. Dokładnie wtedy zrozumiałam też, że Marie Rutkowski jest utalentowaną pisarką, a jej książka, trzymana przeze mnie w rękach, ma wielki potencjał. Nie miałam obaw co do drugiego tomu. Wiedziałam, że bez względu na to, w jakim kierunku ta historia zmierza, z pewnością mi się spodoba. Mniej więcej takie mam odczucia po przeczytaniu „Zdrady”.
Kestrel podjęła desperackie i ryzykowne kroki, jednak zdecydowała się na nie z miłości. Oto została przyszłą synową samego Imperatora. Dziewczyna wkracza w pałacowy świat znany jej dotąd jedynie z opowieści, pełen wystawnych przyjęć i taktyk wojennych, próbując się przy tym odnaleźć w nowej sytuacji. Nie może jednak zapomnieć o wydarzeniach, których doświadczyła. Zapłaciła wysoką cenę za swoje poświęcenie: złamane serce za wolność. Jednak to dopiero początek: pomimo że Herrańczycy odzyskali względny spokój, Valorianie nadal mają swoje plany i nie spoczną, nie podbijając całego świata. Teraz, kiedy Arin i Kestrel działają po przeciwnych stronach, zdaje się, że są dalej siebie niż kiedykolwiek.

piątek, 4 marca 2016

„Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” - Leslye Walton

Pierwszą rzeczą, którą pokochałam w tej książce, była jej okładka. Już dawno nie widziałam równie pięknej, przyciągającej wzrok, zarówno minimalistycznej jak i sugestywnej, pasującej idealnie do treści - po prostu chwytającej za serce - okładki. Kupienie książki Leslye Walton dla samego podziwiania jej nie będzie przesadą. Jednak w tym przypadku nie zapłacimy jedynie za  śliczny obrazek na froncie. Okładka była pierwszą rzeczą, którą pokochałam w związku z „Osobliwymi i cudownymi przypadkami Avy Lavender”, ale z pewnością nie ostatnią.


„Szczęście miało ostrą woń, niczym najkwaśniejsza limonka lub cytryna. Złamane serca pachniały zadziwiająco słodko. Smutek wypełniał powietrze słoną, morską wonią, śmierć pachniała podobnie” (str. 69)


Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender” to historia rodzinna trzech kobiet, matek i córek, która zaczyna się na francuskim wybrzeżu w 1904 roku, a kończy w amerykańskim mieście Seattle, ponad pięćdziesiąt lat później. Ava Lavender opowiada historię nie tylko swojej osobliwej młodości, ale także sięga do wydarzeń znacznie wcześniejszych, przedstawiając burzliwe życie swojej babci i matki, które niejednokrotnie były uważane - w najgorszym wypadku - za wiedźmy - a w najlepszym - za dziwaczki. A wszytko po to, by udowodnić, że los lubi zataczać koło. Magia od zawsze była w rodzinie Avy, jednak z pokolenia na pokolenie staje się potężniejsza, podobnie jak fatum miłości, które ciąży na każdej z kobiet. I babcia, i matka Avy zdążyły przekonać się doskonale, że miłość potrafi zrobić z nas głupców, jednak dramat Avy rozpoczyna się dopiero, gdy do miasta sprowadza się niezwykle pobożny Nathaniel Sorrows, który zaczyna brać ją za anioła. Ava Lavender nie jest zwykłą dziewczyną. Ava urodziła się ze skrzydłami.

wtorek, 1 marca 2016

PRZEDPREMIEROWO: „W ramionach gwiazd” – Anne Kaufman & Meagan Spooner

 Premiera książki 2 marca
„W ramionach gwiazd” to pierwsza część niezwykle popularnej za granicą serii Starbound, której napisania podjęły się dwie pisarki - Anne Kaufman i Meagan Spooner. Trzy historie miłosne, trzy światy: tak prezentuje się jej zarys, który możemy przeczytać na okładce powieści. Jeden wróg – czytamy dalej. Brzmi znajomo? Być może ta książka jest pełna schematów, o których czytaliśmy już wiele razy. Czasami mam wrażenie, ze w literaturze młodzieżowej mało kto ma do powiedzenia coś nowego. Ale później przypominam sobie, co literatura młodzieżowa mi oferuje: mnóstwo zabawy. Z powieścią „W ramionach gwiazd” jest bardzo podobnie. Niby jest przewidywalna i nie zaskakuje niczym nowym, ale za to ma w sobie mnóstwo uroku.
Lilac LaRoux  jest córką najbogatszego milionera w całej galaktyce, natomiast Treven Mendersen jest bohaterem wojennym, z którego zrobiono celebrytę. Po raz pierwszy spotykają się na balu organizowanym na największym promie kosmicznym – Ikarze. Kilka godzin później statek rozbija się na obcej, niezamieszkanej planecie, a Lilac i Treven okazują się jedynymi ludźmi, którzy wyszli z tego cało. Od tego czasu są zdani na własną rękę. Z każdym dniem jest coraz gorzej: Lilac zaczynają nękać wizje, w których zmarli ożywają, natomiast Treven coraz mocniej wierzy, że katastrofa statku nie była jedynie przypadkiem.