Colleen
Hoover uwiodła mnie swoim cudownym Hopeless
(które nie było tak beznadziejne, jak mogłoby), a przy Losing Hope udowodniła, że nawet zmiana narracji jej nie straszna.
Nie zaprzeczam, że jej książki czyta się genialnie, a ochów i achów nie można
już zliczyć, ale jednak mam pewną świadomość, że pisząc romanse, nie można się
zbytnio popisać wyobraźnią ani konstrukcją fabuły. Co innego warsztat pisarski.
Z takim właśnie przekonaniem podeszłam do kolejnej książki królowej New Adult, Maybe Someday.
Sydney
miała poukładane życie – studia, pracę, chłopaka – które właśnie zawaliło się
jej na głowę. KIedy dowiedziała się, że jej ukochany zdradza ją z jej
współlokatorką, spakowała swoje rzeczy i opuściła mieszkanie. Trafiła pod dach
Ridge’a, chłopaka z mieszkania obok, którego codziennie widywała grającego na
balkonie. Jednak Ridge ma problem – jego pięknej muzyce brakuje tekstów, a
układanie tekstów jest tym, co Sydney robi w wolnym czasie. Możliwe, że tych
dwoje będzie siebie bardziej potrzebować, niż oboje myślą.

