„Wilk
z Wall Street” jest pierwszą autobiografią, jaką przeczytałam. Nigdy nie
ciągnęło mnie do literatury faktów i historii prawdziwych. Wolałam czytać mniej
lub bardziej nieprawdopodobne książki. Ta autobiografia zmieniła jednak moje
wyobrażenie o tego typu literaturze.
Spodziewałam się nudnawego pamiętnika
bogacza, a dostałam sarkastyczną, genialnie napisaną książkę przedstawiającą
historię młodego bankiera żyjącego tak, jakby jutro miało nie nadejść.
Lata
90. XX wieku, Wall Street – ulica krezusów i amerykańskiej finansjery, młodzi,
ambitni, spragnieni Życia (tego przez duże „ż”) chłopcy i wielka gotówka. Setki
osób skuszonych obietnicami wielkich, łatwych pieniędzy
napływało do Stratton Okmont - firmy
brokerskiej rządzonej przez Jordana Belforta, tytułowego wilka z Wall Street,
legendarnego milionera z piękną żoną i malutką córeczką. Znanego ze skandalicznego trybu życia, z balansowania
na granicy prawa i wielu niepochlebnych artykułów mówiących o jego pijaństwie i
rozpuście. Życie nie jest dla naszego wilka takie łaskawe, jakby się zdawało.
Każdego dolara zarobił sam, zmaga się z wieloma uzależnieniami, nie umie nikomu
w pełni zaufać. Jego druga żona, księżna Bay Ridge, nie jest taka głupiutka i
potulna, jak wydaje się na pierwszy rzut oka. Mimo finansowania jej kolejnych
zachcianek, ona nie chce zapomnieć o wszystkich grzeszkach męża.
