Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Znak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wydawnictwo Znak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 listopada 2016

„Szczygieł” – Donna Tartt



Po co ludziom sztuka? Dlaczego tworzymy piękno i zachwycamy się pięknem? Czy nie ma w nas naturalnego poczucia, że potrzebujemy kontaktu z artystyczną harmonią? Czy nie pragniemy całej gamy emocji dostarczonej z zewnątrz? Czy nie szukamy inspiracji? I, w końcu, czy nie mamy konieczności otaczać się pięknymi przedmiotami, by utrzymać się w strefie osobistego komfortu, z którego jest nas w stanie wybić najmniejsza błahostka? O zależności człowieka od sztuki i tej niebywałej miłości do artystycznych dzieł w swojej najnowszej, nagrodzonej Nagrodą Pulitzera książce, pisze Donna Tartt – i nie będzie niespodzianką, jeśli dodam, że pisze jak zwykle: po mistrzowsku.

Szczygieł, podobnie jak Mały przyjaciel i Tajemna historia, jest opowieścią o ludzkim cierpieniu – gorzkim, przytłaczającym i odbierającym chęć do życia. Podobnie jak poprzednim razem, tak i w Szczygle mamy do czynienia z tematem utraty bliskiej osoby i wpływie tego doświadczenia na późniejsze losy bohatera. Tym w najnowszej, ponadośmiusetstronnicowej powieści Tartt, jest Theo Decker, który jako chłopiec stracił w eksplozji muzeum matkę. Sam nie dość, że uszedł życiem, to i dokonał niemożliwego: z ruin budynku wyniósł obraz barokowego malarza, Carla Fabritiusa. Obraz nie tak sławny, jak dzieła Rembrandta, Rubensa, Velazqueza czy Caravaggia, a jednak dla Theo szczególny. Ukochany obraz jego matki. Patrzyła na niego w chwili przed śmiercią. I tak, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią najbliższej mu osoby, chłopiec nie będzie mógł rozstać się muzealnym zabytkiem. Wszystko, co spotka go w życiu – dzieciństwo w artystycznym Nowym Jorku, przeprowadzka do psychodelicznego Los Angeles i ostateczna mroczna rozgrywka na ulicach Amsterdamu – będzie prowadzić do uświadomienia sobie, że to, czego oczekujemy, w niczym nie ma związku z tym, co los ma nam do zaoferowania – i zawsze będzie wiązało się z tym małym olejnym szczygłem na płótnie.

Po raz kolejny Donna Tartt udowadnia, że jest pisarką wielką i absolutnie niepowtarzalną: pisząc o sztuce, sama ją tworzy. Szczygieł, w porównaniu do wybitnej, według mnie, Tajemnej historii, nie jest pozbawiony wad, jednak nadal pozostaje ponadprzeciętnym osiągnięciem literatury. Cała magia powieści objawia się, gdy uświadomimy sobie, że z zupełnie prostej historii – pozbawionej czegoś tajemniczego, jak w przypadku pozostałych dzieł autorki – Tartt wykreowała powieść uzależniającą i bardzo wpływową. Po raz kolejny w książce pisarki pojawia się temat uwielbienia dla sztuki i wpływu, jaki niesie ona na życie człowieka. Śledzimy życie bohatera, który pomimo stoczenia się niemal na samo dno, zdołał wypłynąć na powierzchnię, a pomogła mu w tym świadomość, że oto zachował rzecz drogocenną dla jego zmarłej matki, zupełnie niczym rzeczywistą cząstkę jej osoby. Właściwie Szczygieł jest w dużej mierze historią młodzieńczej żałoby, która doprowadziła do (prawie) całkowitego upadku. Autorka nie kreuje trzymającej w napięciu intrygi ani nie zataja sekretu z przeszłości, który wstrząsa zarówno bohaterami, jak i czytelnikiem. W tym przypadku tematem powieści jest stadium rozpaczy: jak bardzo można cierpieć? I do czego można się posunąć, żeby być w stanie to cierpienie zlekceważyć?

Przez ponad osiemset stron obserwujemy uporczywe zmagania Theo na drodze pogodzenia się z nową rzeczywistością, która zmusiła go do porzucenia roli dziecka: nieodpowiedzialnego, zależnego, nieświadomego. Narkotyki i strumienie alkoholu; zerwanie z dawną osobowością manhattańskiego chłopca spędzającego wolne popołudnia w muzeum: wszystko, żeby zapomnieć o bólu i stracie. Dokładnie wszystko, żeby oszukać los. Choć pomysł wydaje się prosty, a fabuła mało oryginalna, Donna Tartt poprowadziła ją po mistrzowsku. Autorka ma niesamowity talent w operowaniu słowami (i choć często określam tymi słowami pisarzy, Tartt zdaje się bić na głowę wszystkich). Jej powieści są hipnotyzujące i uzależniające – czytając Szczygła, czułam miłość nie do samej treści, lecz do formy, w jakiej została zaprezentowana: sztuka w najpełniejszym wydaniu. Szczygieł nie posiada wyraźnej intrygi, więc dla wielu czytelników może być powieścią zbyt rozwleczoną, bez jakiegokolwiek zamysłu. Ja jednak doceniam cały wkład pracy, jaki Donna Tartt włożyła w napisanie powieści, każde słowo. Uwielbiam talent pisarki do obserwacji ludzi i sposób, w jaki skupia się w swojej powieści na najmniej znaczących ludzkich nawykach, które nadają nam osobisty charakter – czasem jest to sposób, w jaki parzymy herbatę, czasem wygięcie ust przy wymuszonym uśmiechu. Szczygieł jest pełen takich subtelnych błahostek, miniportretów osobowości, które czynią z niego wybitne dzieło, a z bohaterów postaci z krwi i kości. Same opisy sztuki sprawiły, że zapragnęłam obcować z nią znacznie częściej. Tartt posiada zdolność do uchwycenia obrazów, które wydają się niemożliwe do przedstawienia za pomocą słów, a jednak z jej kunsztem pisarskim nie tracą naturalnego piękna. Właściwie dochodzę do wniosku, że po lekturze Szczygła tytułowy obraz wydaje mi się atrakcyjniejszy, niż wydałby się, gdybym zobaczyła go przed sięgnięciem po powieść. Oczywiście nie mogę mieć pewności, bo obraz widziałam po raz pierwszy na okładce książki, ale właśnie takie przypuszczenie pozostawiła we mnie Donna Tartt.

Szczygłowi brakuje jednak klimatyczności. W porównaniu do Tajemnej historii – i oto liczyłam, że nagrodzona Pulitzerem i otoczona chwałą powieść przebije debiut – historia jest dla mnie za prosta. Całokształt jest wielkim osiągnięciem (słowa!), ale sam pomysł może wydawać się nieinteresujący. Szczygieł jest powolny, subtelny, prawie pozbawiony napięcia – czego nie uważam za wadę, ale mam wrażenie, że potrzebuje bardzo specyficznego odbiorcy. Jest w powieści jedna część, która nie zachwyciła mnie, jako że opisuje patologiczny upadek bohatera, głównie dlatego, że jest pozbawiona elegancji przewijającej się przez całą książkę i charakteryzującej autorkę.

Natomiast wszystkie nieliczne wady wynagradza zakończenie, podsumowujący opowieść Theo epilog, który stanowi świetne streszczenie całego życia bohatera, jego desperackiej walki o nieznaczny moment szczęścia i wielkiej miłości – jedynej, którą posiadał – do wyjątkowego obrazu. Szczygieł nie jest historią z happy endem; mam wrażenie, że to słowo nie pasuje do Donny Tartt w żadnym aspekcie. Jak zwykle, jest o sztuce i cierpieniu. Jak zwykle, jest po mistrzowsku. I choć nie jest lepiej niż w przypadku Tajemnej historii, jest wspaniale. Możliwe, że za kilkadziesiąt lat Tartt zostanie nazwana jedną z najwspanialszych przedstawicielek dzisiejszej literatury, jak nie tą naj, najwspanialszą. Za każdym razem, kiedy sięgam po jej powieści, przypomina mi się, dlaczego czytam książki. To cała sztuka i cała magia patrzenia na świat zamknięta w kilku(set) stronach.

Julia

Donna Tartt, Szczygieł, Wydawnictwo Znak, 2015, stron: 839

poniedziałek, 26 września 2016

„Madame” – Antoni Libera

Antoni Libera, urodzony w roku 1949, jest tłumaczem, pisarzem, reżyserem teatralnym, krytykiem literackim i znawcą twórczości Samuela Becketta. W swoim dorobku ma tłumaczenia dzieł Becketta, Szekspira, Wilde’a i Sofoklesa. Wyreżyserowane przez niego spektakle podbiły sceny polskich i zagranicznych teatrów. Pierwsza napisana przez niego powieść (wydana w roku 1998), Madame, w przeciągu kilkunastu lat została przetłumaczona na około dwadzieścia języków. W swoim debiucie, nominowanym do Nagrody Nike, Libera przedstawił niezwykły obraz rzeczywistości polskiej w latach 60. widzianej oczami młodego licealisty, niespełnionego artysty ze złamanym sercem.
Madame zaczyna się niezwykle uniwersalnym stwierdzeniem: Dawniej to były czasy! Akcja powieści dzieje się w latach 60., niezwykle barwnych i ciekawych zresztą, kiedy to w duszach polskiej młodzieży drzemały marzenia o wielkim i znacznie bardziej kolorowym zachodnim świecie. Główny bohater na samym początku przyznaje, że „przez wiele lat nie opuszczało go wrażenie, że urodził się za późno”*, a owe uczucie narodziło się w nim wraz z wiekiem dojrzewania. Wsłuchując się w bliskich mu dorosłych, odnosi wrażenie, że kiedyś – czytaj: dekadę wcześniej – żyło się znacznie lepiej. Ludzie byli życzliwsi, wycieczki górskie były prawdziwie górskie, a nie tylko na pokaz, młodzież co prawda bardziej rozrabiała, ale przynajmniej miała w sobie to wyjątkowe, niepowtarzalne coś. Dawniej królowała muzyka klasyczna z Mozartem, Beethovenem i Bachem na czele, a teraz jedynie jazz, jazz i Beatlesi. Co zabawne, główny bohater nie doświadcza tego odczucia bezpośrednio – w końcu w latach pięćdziesiątych był dzieckiem – czuje się jedynie przytłoczony odczuciami ludzi, którzy już swoje przeżyli. W ten sposób, będąc niespełnionym aktorem i muzykiem, desperacko pragnącym zabłysnąć, udowodnić światu swoją wartość i pozostawić coś po sobie, nasz młodzieniec będzie nas prowadzić przez swoją historię, dziejącą się w ciągu ostatniej klasy liceum, kiedy do uczucia przytłaczającej nostalgii i tęsknoty za czymś nieosiągalnym dołączy jeszcze gorzki smak nieodwzajemnionej miłości – a będzie to historia miejscami zabawna, miejscami nieco przygnębiająca, ale przede wszystkim ze wspaniałym rysem historycznym.
Tytułowa madame to kobieta, która wkracza w progi liceum ogólnokształcącego z misją zniesienia dawnego systemu edukacji i wprowadzenia sposobu nauczania zbliżonego do tych z państw zachodnich. Jest to kobieta około trzydziestki, z perfekcyjnie ułożonymi włosami, ubrana w garsonki z półek zarezerwowanych dla największych nazwisk świata mody oraz pozostawiająca za sobą mocną woń Chanel nr5 i falę westchnień. Całkowite przeciwieństwo wszystkich starych, pomarszczonych i zgorzkniałych nauczycielek, do których przyzwyczajono się w liceum – to oczywiście jest zauważalne już w pierwszej sekundzie. Madame to kobieta budząca niezdrową wręcz ciekawość; kobieta niczym z Zachodu, która nie tylko przybyła by nauczać francuskiego, nie, ona sama utożsamia Francję i paryski szyk. Starsi chłopcy zarywają noce, marząc o niej (wiadomo, w jak sposób). Młodsi, jeszcze zbyt nieśmiali, żeby naśladować starszych, zastanawiają się skąd przybyła i jaka jest jej historia (ze szczególnym uwzględnieniem listy bliskich jej sercu młodzieńców). Dziewczęta, bez względu na wiek, dzielą czas pomiędzy pałaniem zawiścią i nienawiścią oraz odnotowywaniem, co też madame miała na sobie konkretnego dnia, nie pomijając tak ważnych szczegółów jak dokładny odcień szminki czy marka ażurowych rajstop. Madame budzi ciekawość, rozbudza wyobraźnię i spotyka się z mieszanymi uczuciami – fascynacją ze strony uczniów i pogardą ze strony kadry nauczycielskiej, która nie przywykła do jej niekonwencjonalnych metod.
A główny bohater? Główny bohater, z duszą artysty, który raz jest muzykiem, raz aktorem, a raz poetą, całkowicie zadurza się w pani dyrektor. Madame jest w jego oczach kobietą idealną, niezależną, ale i romantyczną, wyjętą trochę z ram czasowych, a dokładniej z czasów, do których bardzo go ciągnie (w końcu takich kobiet też już nie ma!). Młodzieniec zakochuje się miłością obsesyjną i beznadziejną, a zimna i nieprzystępna postawa madame nie pomaga. Wzorując się na bohaterach z klasycznych dzieł literatury, chłopiec stara się zdobyć jej serce, jednak odnosi na tym polu kolejne porażki, łamiąc przy swoje własne serce.
Madame Libery to powieść bardzo złożona i świetnie napisana. Autor podszedł do swojego dzieła z dużą dozą humoru, wyśmiewając po części rzeczywistość, a po części chłopięcą naiwność i zainteresowanie dojrzałą kobietą. Madame czyta się przede wszystkim bardzo przyjemnie. Niejednokrotnie zaśmiewałam się, czytając o klęskach głównego bohatera jako artysty i młodego uwodziciela. Z drugiej strony, powieść wydała mi się niezmiernie ciekawa, ponieważ sam okres, w którym dzieje się akcja – barwne lata sześćdziesiąte – od zawsze mnie fascynował. Tak jak i głównego bohatera, ciągnie mnie do wszystkiego oprócz teraźniejszości. Mam podobne wrażenie, że dawniej to były czasy. Inni ludzie, inny styl życia, inne spojrzenie na świat. Cechuje mnie podobna nostalgia i podobnie jak on opieram się na opowieściach ludzi, którzy żyli w tamtych czasach, a więc opowieściach często zabarwionych emocjonalnie, pełnych osobistych wspomnień. Nie ma w nich niczego obiektywnego. Madame jest jedną z niewielu przeczytanych przeze mnie współczesnych powieści polskich, dlatego ma dla mnie szczególne znaczenie: w pewien sposób pokazała mi, że lata 60. to nie tylko amerykańskie podwórka, francuski szyk i angielska muzyka. Polska miała swoją własną rzeczywistość, której, przyznam szczerze, nie byłam do końca świadoma. Teraz jestem i uświadomiona, i jeszcze bardziej zafascynowana. I pewnie za dwadzieścia lat, podobnie jak główny bohater, stwierdzę, że wtedy to były czasy, mając na myśli obecną chwilę.
Julia
Antoni Libera, Madame, Wydawnictwo Znak, 2010, stron: 391
*Cytat z Madame Antoniego Libery, str. 7

wtorek, 9 sierpnia 2016

„Mały przyjaciel” – Donna Tartt

W Dzień Matki w Alexandrii, w stanie Missisipi, dziewięcioletni Robin zostaje znaleziony na własnym podwórku martwy. Został zamordowany poprzez powieszenie, a morderca zbiegł niespostrzeżenie. Od tego momentu rodzina chłopca pogrąża się w żalu, opłakując każdego dnia śmierć dziecka.
Dwanaście lat później zagadka nadal jest nierozwiązana. Rodzinny smutek zmusza młodszą siostrę Robina, Harriet, do odnalezienia mordercy i zemsty. Niepokorna dwunastolatka w towarzystwie przyjaciela rozpoczyna poszukiwania, odkrywając tym samym tajemnice miejscowych przestępców i narażając się na niebezpieczeństwo.
Druga w dorobku powieść Donny Tartt to szansa, by przekonać się, czy wraz z kolejną książka autorka podniosła poprzeczkę po wyśmienitej Tajemnej historii. Na pierwszy rzut oka Mały przyjaciel to powieść zupełnie niepodobna do debiutu Tartt, jednak pod koniec okazuje się, że zamysł powieści jest zbliżony: zderzenie się ze śmiercią i walka z wyrzutami sumienia po popełnieniu morderstwa – a także sposób, w jaki obydwie rzeczy wpływają na ludzką osobowość. Główną bohaterką Małego przyjaciela jest dziecko, dwunastoletnia dziewczynka, i to właśnie na jej przeżyciach i doznaniach psychicznych skupia się autorka. Napisany z tą samą klasą co Tajemna historia, Mały przyjaciel obrazuje urokliwy, ale i niebezpieczny, i pełen nierówności społecznych świat amerykańskiego południa. Pod tym względem powieść Donny Tartt czerpie sporo z Zabić drozda. Akcja książki rozgrywa się w latach 70. XX wieku, a rasizm i segregacja rasowa nadal są czynnie praktykowane. Harriet, podobnie jak i Scout w Zabić drozda, dostrzega problemy czarnoskórej ludności i niesprawiedliwości, z którymi musi się mierzyć.

środa, 29 czerwca 2016

„Tajemna historia” – Donna Tartt

Debiutancka książka Donny Tartt, autorki nagrodzonego niedawno nagrodą Pulitzera Szczygła, jest niezwykle wciągającą opowieścią o ludzkiej moralności i człowieczeństwie. Napisana z niezwykłym rozmachem i precyzją powieść opowiada o grupie studentów obsesyjnie zafascynowanych greckimi tragediami do tego stopnia, że tracą poczucie rzeczywistości. Szczerze mówiąc, ujęła mnie od pierwszej strony

Historia rozpoczyna się w chwili, kiedy młody i pełen nadziei na lepsze życie Richard Papen, ukończywszy szkołę, przybywa do ekskluzywnego college’u Hampden w Nowej Anglii, na naukę w którym potrzebował stypendium. Tam poznaje grupę bogatych i ekscentrycznych studentów, którzy pod wodzą starego profesora odkrywają tajniki filologii klasycznej. Szybko wciągnięty do towarzystwa, pomimo wyraźniej odmienności, Richard poznaje ich życie i uświadamia sobie, jak dalekie jest od monotonności innych uczniów. Zafascynowani wzniosłością i dramatycznością starożytnych Greków są w stanie posunąć się do nieludzkich czynów, by osiągnąć znaną im ze starogreckich poematów euforię. Kiedy dochodzi do morderstwa, grupa studentów uświadamia sobie, że granica pomiędzy moralnością i niemoralnością zatarła się i łatwo ją przekroczyć.

Tajemna historia nie jest, w moim odczuciu, książką niesłusznie chwaloną – wręcz nie spodziewałam się, że okaże się tak dobrze napisana. Autorka już na pierwszej stronie mówi czytelnikowi, co uczynili bohaterowie: zabili człowieka. Główny bohater, z którego perspektywy będziemy poznawać historię, po latach walczy z wyrzutami sumienia, które tak naprawdę towarzyszyły mu od pierwszej chwili, ale podobnie jak inni potrzebuje kilku tygodni, by uzmysłowić sobie powagę sytuacji. Od samej myśli o czynie aż do czynu długa droga, ale w przypadku grupy studentów z Tajemnej historii te dwie rzeczy niewiele się różnią, może są mniej lub bardziej powierzchowne. W przypadku głównych bohaterów zabicie człowieka to bułka z masłem. Jednak wynikające z tego konsekwencje okazują się znacznie trudniejsze do zniesienia. Największa zaleta Tajemnej historii to przede wszystkim sposób, w jaki została napisana: choć opowieść sama w sobie jest brutalna i przykra, autorce udało się przekazać ją w delikatnym i urzekającym stylu; w takim połączeniu powieść Tartt jest raczej bardziej smutna niż szokująca.

Cała książka to z jednej strony przedstawienie krok po kroku obrazu morderstwa, ze wszystkimi jego przyczynami i skutkami, ale z drugiej to także opowieść o młodych przyjaciołach znudzonych życiem i relacjach między nimi. Jestem pod wrażeniem, jak złożone, a przy tym intrygujące i niepoznawalne postacie udało się wykreować Donnie Tartt. Wyniośli i odosobnieni; niezwykle inteligentni, niezwykle bogaci i niezwykle obłąkani – tak można by ich opisać. Ciekawe jest również zabieg narracji: pierwszoosobowej, a więc wszystkie wydarzenia będziemy poznawać z perspektywy głównego bohatera – a również to, jak w jego oczach przedstawiają się jego przyjaciele. Donna Tartt w świetny sposób podkreśla, że nie zawsze to, co widzimy, jest równe prawdzie. Im dalej brniemy w tę historię, tym bardziej przekonujemy się, że dla naszych bohaterów może nie być ratunku - wszyscy, prędzej czy później, tracą zmysły.

Tajemna historia jest mroczną, intrygującą i pochłaniającą bez końca opowieścią o szukaniu czegoś odmiennego i szaleństwie. Trzymała mnie w napięciu aż do ostatniej strony. Jak daleko można się posunąć, by uzyskać zamierzony efekt? Jak długo można unikać konsekwencji? I w końcu, czy można żyć ze świadomością, że się zabiło? Opowiadając o miłości do greckich tragedii, Tajemna historia zawiera wiele wskazówek świadczących o tym, że sama ma dużo z nimi wspólnego. Nie czytałam innych książek autorki Szczygła, ale znakomity debiut ustawia wysoko poprzeczkę.
Julia
Donna Tartt, Tajemna historia, Wydawnictwo Znak, 2015, stron: 608