Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura obyczajowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 listopada 2016

„Szczygieł” – Donna Tartt



Po co ludziom sztuka? Dlaczego tworzymy piękno i zachwycamy się pięknem? Czy nie ma w nas naturalnego poczucia, że potrzebujemy kontaktu z artystyczną harmonią? Czy nie pragniemy całej gamy emocji dostarczonej z zewnątrz? Czy nie szukamy inspiracji? I, w końcu, czy nie mamy konieczności otaczać się pięknymi przedmiotami, by utrzymać się w strefie osobistego komfortu, z którego jest nas w stanie wybić najmniejsza błahostka? O zależności człowieka od sztuki i tej niebywałej miłości do artystycznych dzieł w swojej najnowszej, nagrodzonej Nagrodą Pulitzera książce, pisze Donna Tartt – i nie będzie niespodzianką, jeśli dodam, że pisze jak zwykle: po mistrzowsku.

Szczygieł, podobnie jak Mały przyjaciel i Tajemna historia, jest opowieścią o ludzkim cierpieniu – gorzkim, przytłaczającym i odbierającym chęć do życia. Podobnie jak poprzednim razem, tak i w Szczygle mamy do czynienia z tematem utraty bliskiej osoby i wpływie tego doświadczenia na późniejsze losy bohatera. Tym w najnowszej, ponadośmiusetstronnicowej powieści Tartt, jest Theo Decker, który jako chłopiec stracił w eksplozji muzeum matkę. Sam nie dość, że uszedł życiem, to i dokonał niemożliwego: z ruin budynku wyniósł obraz barokowego malarza, Carla Fabritiusa. Obraz nie tak sławny, jak dzieła Rembrandta, Rubensa, Velazqueza czy Caravaggia, a jednak dla Theo szczególny. Ukochany obraz jego matki. Patrzyła na niego w chwili przed śmiercią. I tak, nie mogąc pogodzić się ze śmiercią najbliższej mu osoby, chłopiec nie będzie mógł rozstać się muzealnym zabytkiem. Wszystko, co spotka go w życiu – dzieciństwo w artystycznym Nowym Jorku, przeprowadzka do psychodelicznego Los Angeles i ostateczna mroczna rozgrywka na ulicach Amsterdamu – będzie prowadzić do uświadomienia sobie, że to, czego oczekujemy, w niczym nie ma związku z tym, co los ma nam do zaoferowania – i zawsze będzie wiązało się z tym małym olejnym szczygłem na płótnie.

Po raz kolejny Donna Tartt udowadnia, że jest pisarką wielką i absolutnie niepowtarzalną: pisząc o sztuce, sama ją tworzy. Szczygieł, w porównaniu do wybitnej, według mnie, Tajemnej historii, nie jest pozbawiony wad, jednak nadal pozostaje ponadprzeciętnym osiągnięciem literatury. Cała magia powieści objawia się, gdy uświadomimy sobie, że z zupełnie prostej historii – pozbawionej czegoś tajemniczego, jak w przypadku pozostałych dzieł autorki – Tartt wykreowała powieść uzależniającą i bardzo wpływową. Po raz kolejny w książce pisarki pojawia się temat uwielbienia dla sztuki i wpływu, jaki niesie ona na życie człowieka. Śledzimy życie bohatera, który pomimo stoczenia się niemal na samo dno, zdołał wypłynąć na powierzchnię, a pomogła mu w tym świadomość, że oto zachował rzecz drogocenną dla jego zmarłej matki, zupełnie niczym rzeczywistą cząstkę jej osoby. Właściwie Szczygieł jest w dużej mierze historią młodzieńczej żałoby, która doprowadziła do (prawie) całkowitego upadku. Autorka nie kreuje trzymającej w napięciu intrygi ani nie zataja sekretu z przeszłości, który wstrząsa zarówno bohaterami, jak i czytelnikiem. W tym przypadku tematem powieści jest stadium rozpaczy: jak bardzo można cierpieć? I do czego można się posunąć, żeby być w stanie to cierpienie zlekceważyć?

Przez ponad osiemset stron obserwujemy uporczywe zmagania Theo na drodze pogodzenia się z nową rzeczywistością, która zmusiła go do porzucenia roli dziecka: nieodpowiedzialnego, zależnego, nieświadomego. Narkotyki i strumienie alkoholu; zerwanie z dawną osobowością manhattańskiego chłopca spędzającego wolne popołudnia w muzeum: wszystko, żeby zapomnieć o bólu i stracie. Dokładnie wszystko, żeby oszukać los. Choć pomysł wydaje się prosty, a fabuła mało oryginalna, Donna Tartt poprowadziła ją po mistrzowsku. Autorka ma niesamowity talent w operowaniu słowami (i choć często określam tymi słowami pisarzy, Tartt zdaje się bić na głowę wszystkich). Jej powieści są hipnotyzujące i uzależniające – czytając Szczygła, czułam miłość nie do samej treści, lecz do formy, w jakiej została zaprezentowana: sztuka w najpełniejszym wydaniu. Szczygieł nie posiada wyraźnej intrygi, więc dla wielu czytelników może być powieścią zbyt rozwleczoną, bez jakiegokolwiek zamysłu. Ja jednak doceniam cały wkład pracy, jaki Donna Tartt włożyła w napisanie powieści, każde słowo. Uwielbiam talent pisarki do obserwacji ludzi i sposób, w jaki skupia się w swojej powieści na najmniej znaczących ludzkich nawykach, które nadają nam osobisty charakter – czasem jest to sposób, w jaki parzymy herbatę, czasem wygięcie ust przy wymuszonym uśmiechu. Szczygieł jest pełen takich subtelnych błahostek, miniportretów osobowości, które czynią z niego wybitne dzieło, a z bohaterów postaci z krwi i kości. Same opisy sztuki sprawiły, że zapragnęłam obcować z nią znacznie częściej. Tartt posiada zdolność do uchwycenia obrazów, które wydają się niemożliwe do przedstawienia za pomocą słów, a jednak z jej kunsztem pisarskim nie tracą naturalnego piękna. Właściwie dochodzę do wniosku, że po lekturze Szczygła tytułowy obraz wydaje mi się atrakcyjniejszy, niż wydałby się, gdybym zobaczyła go przed sięgnięciem po powieść. Oczywiście nie mogę mieć pewności, bo obraz widziałam po raz pierwszy na okładce książki, ale właśnie takie przypuszczenie pozostawiła we mnie Donna Tartt.

Szczygłowi brakuje jednak klimatyczności. W porównaniu do Tajemnej historii – i oto liczyłam, że nagrodzona Pulitzerem i otoczona chwałą powieść przebije debiut – historia jest dla mnie za prosta. Całokształt jest wielkim osiągnięciem (słowa!), ale sam pomysł może wydawać się nieinteresujący. Szczygieł jest powolny, subtelny, prawie pozbawiony napięcia – czego nie uważam za wadę, ale mam wrażenie, że potrzebuje bardzo specyficznego odbiorcy. Jest w powieści jedna część, która nie zachwyciła mnie, jako że opisuje patologiczny upadek bohatera, głównie dlatego, że jest pozbawiona elegancji przewijającej się przez całą książkę i charakteryzującej autorkę.

Natomiast wszystkie nieliczne wady wynagradza zakończenie, podsumowujący opowieść Theo epilog, który stanowi świetne streszczenie całego życia bohatera, jego desperackiej walki o nieznaczny moment szczęścia i wielkiej miłości – jedynej, którą posiadał – do wyjątkowego obrazu. Szczygieł nie jest historią z happy endem; mam wrażenie, że to słowo nie pasuje do Donny Tartt w żadnym aspekcie. Jak zwykle, jest o sztuce i cierpieniu. Jak zwykle, jest po mistrzowsku. I choć nie jest lepiej niż w przypadku Tajemnej historii, jest wspaniale. Możliwe, że za kilkadziesiąt lat Tartt zostanie nazwana jedną z najwspanialszych przedstawicielek dzisiejszej literatury, jak nie tą naj, najwspanialszą. Za każdym razem, kiedy sięgam po jej powieści, przypomina mi się, dlaczego czytam książki. To cała sztuka i cała magia patrzenia na świat zamknięta w kilku(set) stronach.

Julia

Donna Tartt, Szczygieł, Wydawnictwo Znak, 2015, stron: 839

piątek, 4 listopada 2016

„Nie posiadamy się ze szczęścia” – Karen Joy Fowler

Podobno nie jesteśmy w stanie zobaczyć naszego dzieciństwa takim, jakie prawdziwie było – według Sigmunda Freuda to zwyczajnie niemożliwe. Widzimy w głowie wspomnienia z okresu, kiedy mamy kilka lat, i wydaje nam się, że to rzeczywisty zapis przeżyć. Jednak jest zupełnie inaczej: oglądamy zapis, który nasz umysł sam sobie wykształcił na podstawie usłyszanej historii lub zobaczonego zdjęcia czy filmu. Czasami we wspomnieniach spoglądamy na świat własnymi, dziecięcymi oczami, a czasem jesteśmy pobocznymi świadkami sytuacji i wtedy obserwujemy nas samych - nigdy natomiast nie widzimy sytuacji dokładnie takiej, jaka miała miejsce. Dodajemy, odejmujemy pewne fakty lub zastępujemy je innymi. Wspomnienia bywają mylne, szczególnie te, których nie mieliśmy prawa zachować w  głowie, ponieważ byliśmy zbyt młodzi. Temat powrotu do dzieciństwa i zmierzenia się z dziecięcymi błędami podejmuje w swojej powieści „Nie posiadamy się ze szczęścia” Karen Joy Fowler.

Rosemary wychowała się w barwnych latach 70. - okresie apelów o pokój na świecie i amerykańskich eksperymentów naukowo-społecznych, w których i jej rodzina wzięła udział. Kilkanaście lat później, będąc na studiach, dziewczyna mierzy się z trudną i niejasną rodzinną historią oraz własnym dziwactwem. Początkowe lata życia wydawały się sielanką, przynajmniej tak myśli Rosemary, kiedy wraca do nich pamięcią lub ogląda stare rodzinne zdjęcia. Rodzice uważali się za niezwykłych szczęściarzy, mając trójkę wspaniałych dzieci: Rosemary, Fern i Lowella. Wszyscy zawsze radośni, może odbiegający od społecznych standardów, ale nie na tyle, żeby to przysporzyło im problemów. I wtedy doszło do tragedii: kiedy Rosemary miała pięć lat, jej starsza siostra Fern zniknęła, zabierając ze sobą spokój i szczęście rodziny. Od tej chwili ich nowe życie nie przypominało w żadnym stopniu poprzedniego, a Rosemary przekonała się o tym najlepiej.

Amerykańskie klimatyczne podwórka z lat sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych i rodzinne dramaty to moim zdaniem idealne połączenie. Prawie zawsze działa i zadziałało również w przypadku powieści Fowler. Nie posiadamy się ze szczęścia to głęboka, przemyślana i niespodziewanie zaskakująca opowieść o tragedii, która prowadzi do stopniowego rozpadu pewnej rodziny. Pełna dramatu fabuła i nielinearna narracja sprawiają, że powieść Fowler ciężko porzucić bez znalezienia odpowiedzi na nurtujące pytania. Pierwszy plus to zachowanie napięcia do ostatniej strony i utrzymanie w czytelniku ciekawości.

Kolejny to stworzenie bohaterki, którą jednocześnie łatwo polubić, jak i okazać jej współczucie. Autorka dopiero pod koniec zdradza motywy, które kierowały główną postacią, oraz przyczyny tragedii oraz same jej szczegóły. Rosemary jest złożoną bohaterką, a tajemniczości dodatkowo dodaje fakt, że wydarzenie, które będzie mieć największy wpływ na fabułę Nie posiadamy się ze szczęścia rozegrało się, gdy Rosemary była małą dziewczynką. Poznajemy historię pełną emocjonalnych zabarwień z jej perspektywy, ale Flower kieruje się freudowską myślą, że dziecko nie jest w stanie zarejestrować pierwszych lat swojego życia, dzięki czemu Nie posiadamy się ze szczęścia zawiera kilka ciekawych i nieoczywistych zmyłek w przebiegu fabuły. Jednak warto przeczytać tę powieść z innego powodu: jest coś (czego nie zdradzę, bo cała zabawa leży w niewiedzy), co wyróżnia książkę Flower spośród wielu innych historii o amerykańskich podwórkach i rodzinnych dramatach. Wiele ma to wspólnego z eksperymentami społecznymi, które miały na celu poszerzenie naukowego zaplecza wiedzy o ludziach i zwierzętach, a przede wszystkich cechach, które pozwalają nas, ludzi, odróżnić od reszty ziemskich organizmów (i jednego konkretnego gatunku). Poboczna, jednak nie mniej ważna, bohaterka, która związana jest  z tym wątkiem, całkowicie podbiła moje serce – możliwe, że głównie z osobistych preferencji, ale moim zdaniem jest jaśniejącą gwiazdą powieści Flower. Jej historia jest zaskakująca i dogłębnie poruszająca; mam wrażenie, że trudno, by pozostawiła kogoś obojętnym.

Nie posiadamy się ze szczęścia to pięknie napisana powieść o przedstawionej w poruszający sposób rodzinnej tragedii. Jest zaskakująca, ponieważ Karen Joy Flower trzyma pewne fakty w ukryciu, bazując na dziecięcej świadomości – lub raczej jej braku – a tym samym trzyma czytelników w zaciekawieniu do samego końca. Jest wzruszająca, ponieważ jakby nie patrzeć, to raczej smutna opowieść o błędach popełnionych w przeszłości, na które bohaterowie nie mieli wpływu, oraz o ich konsekwencjach. Jest wywołującą masę emocji lekturą idealną na kilka wieczorów, niekiedy rozweselającą, niekiedy wzruszającą. Zdecydowanie warto ją przeczytać, jako że ukazuje rodzinny portret w krzywym zwierciadle, poruszając przy tym temat nieczęsto opisywany w literaturze. Nie posiadamy się ze szczęścia z jednej strony zachwyciło mnie swoją prostotą, a z drugiej ogromną ilością emocji, które towarzyszyły mi podczas czytania książki. Przede wszystkim jednak zachwycił mnie pewien wątek, który podbił moje serce z przyczyn osobistych – ale nie będę pisać o żadnej z tych rzeczy, żeby niczego nie zdradzić; to popsułoby całą zabawę.
Julia
Za możliwość przeczytania książki dziękujemy Poradni K


Karen Joy Fowler, Nie posiadamy się ze szczęścia, Wydawnictwo Poradnia K, 2016 stron: 342

wtorek, 18 października 2016

„Nostalgia anioła” – Alice Sebold

Alice Sebold jest współczesną amerykańską pisarką. Jej debiut to Szczęściara, autobiograficzna opowieść o gwałcie, którego padła ofiarą jako nastolatka, oraz o powrocie do normalności po incydencie. Szczęściara bardzo szybko trafiła na pierwsze miejsc czytelniczych list, co skłoniło Sebold do napisania drugiej książki o podobnej tematyce, ale tym razem nieinspirowanej własną historią, lecz historią, którą usłyszała na komisariacie po złożeniu zeznać. Nostalgia anioła zachwyciła czytelników i krytyków do tego stopnia, że została uznana za klasykę współczesnej powieści, a także zainspirowała Petera Jacksona do nakręcenia ekranizacji z Saorise Ronan w roli głównej.
Susie Salmon mieszka w małym miasteczku z rodzicami, siostrą i bratem, spędzając życie niczym większość nastolatek z sąsiedztwa. Jest znudzona szkołą, będąc przy tym idealną uczennicą, a wolne chwile poświęca na marzeniach o pierwszym pocałunku. Życie jej rodziny to przykład amerykańskiej sielanki – kochający rodzice i córki pogodnie patrzące w przyszłość. Do chwili, gdy Susie pada ofiarą seryjnego mordercy, który uchodził za zwykłego, nieco przygaszonego mężczyznę z sąsiedztwa. Kiedy dziewczyna zostaje zgwałcona i brutalnie zamordowana, spokój i radość jej bliskich giną bezpowrotnie. Susie trafia do nieba, by stamtąd obserwować powolny rozpad rodziny, smutek kłębiący się wokół przyjaciół i losy mordercy, który wymyka się policji.
Po delikatniej, utrzymanej w jasnych barwach okładce i opisowi na tyle książki spodziewałam się zupełnie innego rodzaju opowieści. Z pewnością nie tak brutalnego. Ani nie tak przygnębiającego. Opis wskazuje, że Nostalgia anioła to równie tragiczna co krzepiąca serce powieść, jednak w rzeczywistości dawno nie czytałam czegoś równie smutnego. Rozgrywająca się w latach siedemdziesiątych opowieść o dorastającej dziewczynce zaczyna się ckliwymi marzeniami o pierwszym zakochaniu i typowym nastoletnim niezrozumieniu dla świata, lecz bardzo szybko ta idylliczna wizja zostaje zestawiona z krwawymi, szczegółowymi opisami morderstwa i gwałtu na dziecku. Śmierć wyrywa Susie z jednocześnie cudownego i przerażającego okresu dojrzewania, do którego bohaterka będzie wracać pamięcią przez cały czas. Nostalgia anioła wywołuje wstrząsające uczucie z jednej strony przez zestawienie dwóch odrębnych światów – idealnego i dziewczęcego z brudnym, męskim i pozbawionym wszelkich wartości – a z drugiej, ponieważ na każdym kroku uświadamia czytelnikowi, że dla bohaterki nie ma nadziei: bez względu na jej usilne starania nie wróci do rodziny i straconego życia. Autorka zagłębia się w psychikę Susie równie mocno co w psychikę jej bliskich po śmierci dziewczynki. Bohaterka cierpi, obserwując z daleka życie rodziny i przyjaciół, w którym sama nie może uczestniczyć i cierpi bardziej, widząc ich żal po stracie. Ostatecznie cała książka nabiera bardzo przygnębiającego charakteru. Alice Sebold przedstawia tragiczne losy rodziny i jej poszczególnych członków, którzy pragną powrotu do normalności i odzyskania radości, udowadniając, jak trudno jest pogodzić się ze śmiercią bliskiej osoby.
W trakcie czytania całej powieści nic nie wstrząsnęło mną bardziej niż tytułowa nostalgia, którą jedynie potęguje zabieg nieumiejscowienia akcji w aktualnych latach. Powieść Sebold w żaden sposób nie pokrzepiła mojego serca, wręcz przeciwnie – okazała się niezmiernie zasmucająca. Odebrałam ją znacznie głębiej, niż przypuszczałam na początku, ponieważ jako nastolatka byłam w stanie w pewien sposób utożsamić się z główną bohaterką. Uświadomienie sobie, że Susie ginie w tej historii, będąc niewiele młodszą ode mnie oraz padając ofiarą haniebnego aktu przemocy, spowodowało, że spojrzałam na powieść nieco inaczej. Nostalgia anioła jest jedną z niewielu powieści, które wywarły na mnie tak piorunujące wrażenie. Spodziewałam się trochę ckliwej opowieści o aniołach i objawieniach, a dostałam coś całkowicie przeciwnego. Nostalgia anioła to rewelacyjna powieść, ale jednocześnie wyjątkowo przygnębiająca i niezmiernie poruszająca. Jej pozycja w kanonie najlepszych powieści XXI jest całkowicie zasłużona.
Julia
Alice Sebold, Nostalgia anioła, Wydawnictwo Albatros, 2005, stron: 367

sobota, 30 lipca 2016

„Miniaturzystka” – Jessie Burton

Debiutancka powieść Jessie Burton podbiła świat: ukazała się w aż 30 językach, zbierając pochwały i uznanie. Blurb na jej – pięknej, co tu dużo mówić – okładce, zresztą napisany przez „The Guardian”, głosi, że to „nieprawdopodobnie wciągająca powieść”, co w mojej opinii jest idealnym podsumowaniem debiutu Burton: to nie tyle literatura najwyższych lotów, co po prostu niewiarygodnie wciągająca powieść. Najlepiej sięgnąć po „Miniaturzystkę” z takim przeświadczeniem, aby uniknąć niepotrzebnych rozczarowań.
Jessie Burton zabiera czytelników w podróż wstecz. Amsterdam, rok 1686. Osiemnastoletnia Petronella przybywa z małej wioski, opuszczając przy tym dom rodzinny i matkę, do wielkiego miasta, by poślubić zamężnego kupca. Jest oczarowana Amsterdamem i przyszłym życiem, które rozciąga się przed jej oczami. Jest również oczarowana mężem, choć może umyka on jej wyobrażeniom: Johannsen jest jednym z najlepszych kupców miasta, a także przepełnia go niezwykłe obycie w świecie i wysoki poziom kultury – może jedynie wydaje się trochę starszy i bardziej krępy niż ostatnio, kiedy go widziała. Jednak młoda Nella wkracza do nowego domu pełna nadziei i ekscytacji, by pełnić rolę jego pani, lecz czas spokoju nie trwa długo. Dziewczyna przekonuje się, że jest to dom pełen tajemnic i sekretów – zaczynając na Johannesie, a kończąc na jego niezamężnej siostrze, Marin. Dodatkowo w życie młodej żony wkracza, wraz z miniaturowym domkiem, który stanowi małżeński prezent, miniaturzystka. Kobieta, która zdaje się wiedzieć wszystko o mieszkańcach Amsterdamu, wraz ze wszystkimi sekretami, które próbują ukryć. Podsyłając Nelli figurki do domku, których nie zamawiała, nakreśla losy rodziny – nie tylko teraźniejsze, ale i przyszłe.
A kiedy sekrety wychodzą na wierzch, Nella, Johannes i Marin stają w wielkim niebezpieczeństwie.

poniedziałek, 25 lipca 2016

„Droga do domu” – Yaa Gyasi

O debiutanckiej powieści młodej amerykańskiej pisarki o ghańskich korzeniach nie bez powodu zrobiło się głośno jeszcze przed jej wydaniem. Wszystko za sprawą podejmowanego w jej powieści tematu, bo czy wśród najbardziej palących problemów współczesnego świata nie znajdują się właśnie takie zagadnienia, jak: uchodźcy, rasizm, nierówności społeczne, mocarstwowa polityka wielu państw, która ma bezpośredni przekład na nierówności, wyzysk i ubóstwo w wielu rejonach świata? A jakie konsekwencje to za sobą pociąga, Yaa Gyasi pokazuje na przykładzie „Drogi do domu” – sagi rodzinnej pokazującej pogmatwane, trudne i bolesne losy czarnoskórej ludności od XVIII do XX wieku, od Ghany po Amerykę.  Czytelnik ma szansę poznać punkt widzenia osoby o afrykańskich korzeniach, a nie kolejnego białego, który albo z pewnym sentymentalizmem, albo krzywdzącymi uprzedzeniami spogląda na Czarny Ląd (kto czytał choćby "W pustyni i w puszczy” naszego rodzimego autora – ten wie).
Historia rodzinna ma swój początek w XVIII wieku, w czasie, gdy handel niewolnikami kwitnie w najlepsze, angażując w ten proceder zarówno białych kolonizatorów, jak i czarnych tubylców. W sąsiednich wioskach mieszkają dwie przyrodnie siostry, za sprawą dramatycznych wydarzeń nie mając świadomości o istnieniu tej drugiej. Rozdzielenie rodziny powoduje, że los każdej z nich układa się inaczej: Effia zostaje sprzedana brytyjskiemu kolonizatorowi, dowódcy twierdzy Cape Coast Castle – to miejsce okryte złą sławą, gdyż stanowi coś w rodzaju doraźnego więzienia dla kupionych niewolników, którzy później statkami odsyłani są jako towar do Ameryki, by przypieczętować swój los katorżniczą pracą na rzecz białego pana. Siostra Efii, Esi, również trafia do Cape Coast Castle. Nie ma jednak tyle szczęścia co jej siostra – jeśli tą kategorią można się tu w ogóle posłużyć. Esi trafia do twierdzy jako niewolnica przeznaczona na handel, by wkrótce trafić za ocean. Od tej chwili historia rodzinna rozgałęzia się na dwie równoległe prowadzone historie życia czarnoskórych na dwóch kontynentach: potomkowie Efii związani będą z afrykańskim  Złotym Wybrzeżem, potomkowie Esi z Ameryką. I choć dzielić ich będą tysiące kilometrów, łączyć ten sam los: ludzi wykorzenionych, którym przyjdzie walczyć o swój byt, a będzie to walka naznaczona cierpieniem. I tak z pokolenia na pokolenie przypatrywać się będziemy kolejnym zmaganiom kolejnych potomków: od niewolniczej pracy na plantacjach, przez Wielką Migrację, narastające fale rasizmu, powstawanie gett w amerykańskich miastach.  Na targanym konfliktami kontynencie afrykańskim rzecz przedstawia się równie nieciekawie – to kontynent, który za sprawą kolonizatorów i ich polityki wykrwawia się, a ludzie żyją w skrajnej nędzy. W tym sensie i jednej, i drugiej linii potomków sióstr wiedzie się równie źle.

środa, 29 czerwca 2016

„Tajemna historia” – Donna Tartt

Debiutancka książka Donny Tartt, autorki nagrodzonego niedawno nagrodą Pulitzera Szczygła, jest niezwykle wciągającą opowieścią o ludzkiej moralności i człowieczeństwie. Napisana z niezwykłym rozmachem i precyzją powieść opowiada o grupie studentów obsesyjnie zafascynowanych greckimi tragediami do tego stopnia, że tracą poczucie rzeczywistości. Szczerze mówiąc, ujęła mnie od pierwszej strony

Historia rozpoczyna się w chwili, kiedy młody i pełen nadziei na lepsze życie Richard Papen, ukończywszy szkołę, przybywa do ekskluzywnego college’u Hampden w Nowej Anglii, na naukę w którym potrzebował stypendium. Tam poznaje grupę bogatych i ekscentrycznych studentów, którzy pod wodzą starego profesora odkrywają tajniki filologii klasycznej. Szybko wciągnięty do towarzystwa, pomimo wyraźniej odmienności, Richard poznaje ich życie i uświadamia sobie, jak dalekie jest od monotonności innych uczniów. Zafascynowani wzniosłością i dramatycznością starożytnych Greków są w stanie posunąć się do nieludzkich czynów, by osiągnąć znaną im ze starogreckich poematów euforię. Kiedy dochodzi do morderstwa, grupa studentów uświadamia sobie, że granica pomiędzy moralnością i niemoralnością zatarła się i łatwo ją przekroczyć.

Tajemna historia nie jest, w moim odczuciu, książką niesłusznie chwaloną – wręcz nie spodziewałam się, że okaże się tak dobrze napisana. Autorka już na pierwszej stronie mówi czytelnikowi, co uczynili bohaterowie: zabili człowieka. Główny bohater, z którego perspektywy będziemy poznawać historię, po latach walczy z wyrzutami sumienia, które tak naprawdę towarzyszyły mu od pierwszej chwili, ale podobnie jak inni potrzebuje kilku tygodni, by uzmysłowić sobie powagę sytuacji. Od samej myśli o czynie aż do czynu długa droga, ale w przypadku grupy studentów z Tajemnej historii te dwie rzeczy niewiele się różnią, może są mniej lub bardziej powierzchowne. W przypadku głównych bohaterów zabicie człowieka to bułka z masłem. Jednak wynikające z tego konsekwencje okazują się znacznie trudniejsze do zniesienia. Największa zaleta Tajemnej historii to przede wszystkim sposób, w jaki została napisana: choć opowieść sama w sobie jest brutalna i przykra, autorce udało się przekazać ją w delikatnym i urzekającym stylu; w takim połączeniu powieść Tartt jest raczej bardziej smutna niż szokująca.

Cała książka to z jednej strony przedstawienie krok po kroku obrazu morderstwa, ze wszystkimi jego przyczynami i skutkami, ale z drugiej to także opowieść o młodych przyjaciołach znudzonych życiem i relacjach między nimi. Jestem pod wrażeniem, jak złożone, a przy tym intrygujące i niepoznawalne postacie udało się wykreować Donnie Tartt. Wyniośli i odosobnieni; niezwykle inteligentni, niezwykle bogaci i niezwykle obłąkani – tak można by ich opisać. Ciekawe jest również zabieg narracji: pierwszoosobowej, a więc wszystkie wydarzenia będziemy poznawać z perspektywy głównego bohatera – a również to, jak w jego oczach przedstawiają się jego przyjaciele. Donna Tartt w świetny sposób podkreśla, że nie zawsze to, co widzimy, jest równe prawdzie. Im dalej brniemy w tę historię, tym bardziej przekonujemy się, że dla naszych bohaterów może nie być ratunku - wszyscy, prędzej czy później, tracą zmysły.

Tajemna historia jest mroczną, intrygującą i pochłaniającą bez końca opowieścią o szukaniu czegoś odmiennego i szaleństwie. Trzymała mnie w napięciu aż do ostatniej strony. Jak daleko można się posunąć, by uzyskać zamierzony efekt? Jak długo można unikać konsekwencji? I w końcu, czy można żyć ze świadomością, że się zabiło? Opowiadając o miłości do greckich tragedii, Tajemna historia zawiera wiele wskazówek świadczących o tym, że sama ma dużo z nimi wspólnego. Nie czytałam innych książek autorki Szczygła, ale znakomity debiut ustawia wysoko poprzeczkę.
Julia
Donna Tartt, Tajemna historia, Wydawnictwo Znak, 2015, stron: 608

czwartek, 19 maja 2016

"Historia pszczół" - Maja Lunde


Dlaczego pszczoły wymierają? Jak pszczoły umierają? Co się stanie z ludzkością, gdy pszczoły zginą? – to trzy pytania fundamenty dla opowieści stworzonej przez norweską pisarkę, Maję Lunde. Czytelnicy odpowiedzi na te pytanie szukać powinni natomiast w trzech odrębnych opowieściach składających się na powieść, a dziejących się w różnym czasie, na różnych kontynentach. Trzy pozornie osobne historie łączy motyw pszczół właśnie, ale i spojrzenie na rodzinę, relacje rodziców z dziećmi i odwrotnie. Dlaczego relacje rodzinne psują się? Jak do tego dochodzi? Co się stanie, gdy rodzina się rozpadnie? - wychodząc od ekologicznych zagadnień związanych z realnym i globalnym problemem, Lunde zgrabnie przechodzi do zagadnień (również realnych i o globalnym zasięgu) związanych z funkcjonowaniem rodziny.

Rok 2098, czas po globalnej katastrofie (Zapaści). Syczuan, Chiny. Postapokaliptyczna wizja świata umierającego z głodu. Z problemem braku pożywienia (wszak życiodajne pszczoły zginęły) jakoś radzą sobie Chiny. Tam ludzie dniami i nocami pracują nad ręcznym zapylaniem roślin. Wśród nich jest kobieta – Tao, młoda żona, matka trzyletniego chłopca, Wei-Wena. Syn jest oczkiem w głowie rodziców, a kobieta, jak każda matka, pragnie dla niego lepszej przyszłości. Jej świat wali się, gdy pewnego dnia syn w tajemniczych okolicznościach znika, a matka zmuszona jest odbyć niebezpieczną podróż do Pekinu, by poznać tajemnicę zniknięcia.

środa, 4 maja 2016

"Pokój" - Emma Donoghue


Pokój jest dla Jacka całym światem. Nic poza nim dla niego nie istnieje, zna sklepy, huśtawki, auta i wiele innych rzeczy z telewizji, ale one nie istnieją. Jest tylko: Pokój, Mama, Stary Nick i rzeczy, które przynosi z Telewizora.  Jack najbardziej uwielbia liczbę pięć i Dorę z Telewizora. Nigdy nie nudzi się z mamą. Jego świat jest spokojny i poukładany, każdy posiłek je o określonej godzinie, na Niedzielną Rozpustę może poprosić, o co zechce, a co noc o dwudziestej pierwszej zasypia w szafie.

Porządek znika, gdy staje się Panem Piątakiem i cały jego świat się zawala. Mama zaczyna odkłamywać. Mówi, że poza Pokojem jest Nazewnątrz, Planety z Telewizora istnieją naprawdę, a ona została z nich zabrana przez Starego Nicka. Mama chce uciec z pokoju i potrzebuję pomocy swojego dziecka.
Jack reaguje na rewelacje niezwykle emocjonalnie, o czym możemy się dowiedzieć dzięki genialnej narracji pierwszoosobowej, idealnie pasującej do książki i czyniącej ją piękną. Jack nie rozumie, że jego Mama została porwana i wielokrotnie zgwałcona, nie rozumie, że może istnieć coś poza Pokojem.
Jego postrzeganie rzeczywistości jest najmocniej emocjonującą częścią tej książki. Czytanie o poznawaniu Nazewnątrz było dla mnie wzruszające i piękne. Narracja wręcz powala na kolana, jej niezwykłość leży w wieku narratora i jego braku świadomości. Zwykle pięcioletnie dziecko nie myśli abstrakcyjnie i nie rozumie podstawowych zjawisk, z Jackiem nie było inaczej, słyszał i widział rzeczy, których nie rozumiał. Były one opisane w prosty sposób i instynktownie wiedziałam, o co chodzi.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

“Lustrzany świat Melody Black” - Gavin Extence

Druga i zarazem najnowsza książka Gavina Extence’a, autora świetnej powieści „Wszechświat kontra Alex Woods, zbiera same pozytywne recenzje, a niektórzy twierdzą nawet, że w porównaniu z poprzednią książką autora ta wypada o wiele lepiej. Czy to prawda? Oczywiście najlepszy sposób, by to sprawdzić, to przeczytać “Lustrzany świat Melody Black” samemu.


Czasami życie przewraca nam się do góry nogami w najmniej spodziewanym momencie. Abigail to młoda dziennikarka, która ledwo co wiąże koniec z końcem, nieskutecznie stara się rzucić palenie, nie potrafi ścierpieć swojego ojca i jego romansu z dwudziestolatką, a poza tym od czasu do czasu miewa napady depresji. Pewnego dnia znajduje zwłoki swojego sąsiada, a przecież chciała pożyczyć jedynie puszkę pomidorów. To odkrycie staje się dla Abigail początkiem serii niefortunnych zdarzeń, na samym końcu której stoi Melody Black i jej dziwaczna teoria, że wszyscy żyjemy w równoległym świecie, a właściwie w dwóch rzeczywistościach naraz.

czwartek, 16 lipca 2015

„I góry odpowiedziały echem” – Khaled Hosseini

Khaled Hosseini, pisarz afgańskiego pochodzenia,  zadebiutował w 2003 znakomitą powieścią „Chłopiec z latawcem”, już na starcie swej pisarskiej przygody zawieszając sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Jego druga powieść „Tysiąc wspaniałych słońc” – spotkała się z równie entuzjastycznym przyjęciem przez czytelników na całym świecie.  Na trzecią historię, dla której po raz kolejny tłem jest panorama targanego konfliktami Afganistanu, kazał sobie czekać sześć lat. Czy w książce „I góry odpowiedziały echem” udało się Hosseiniemu utrzymać poziom swoich poprzednich powieści?


Zaczyna się pięknie – wzruszającą opowieścią snutą przez ojca swoim małym dzieciom, opowieścią o poświęceniu, ofierze, tęsknocie. I jest to swego rodzaju preludium, klucz interpretacyjny do historii opowiedzianej w „I góry opowiedziały echem”. Ta dwójka rodzeństwa to Abdullah i jego młodsza siostra Pari. 10-letni  chłopiec jest dla swej młodszej o siedem lat siostry niczym ojciec – kocha ją bezwarunkowo i jest w stanie na największe poświęcenie dla niej – aby zdobyć dla siostry wymarzony prezent, odda jedyną parę swoich butów. Rodzinie wiedzie się zresztą naprawdę źle – żyją w małej wiosce Szadbagh, ojciec wiecznie szuka pracy, a macocha niekoniecznie jest w stanie zastąpić dzieciom matkę. Doświadczają takiej nędzy, że zdesperowany ojciec decyduje się pewnego dnia na dramatyczny krok, który doprowadzi do rozdzielenie kochającego się rodzeństwa. Ta decyzja odciśnie piętno na dalszym życiu obojga bohaterów. 

piątek, 19 czerwca 2015

„Wszechświat kontra Alex Woods” – Gavin Extence



„Wszechświat kontra Alex Woods” to opowieść o osobliwych nastoletnim samotniku, a także jego zamiłowaniu do gwiazd, więc od samego początku stało się dla mnie  jasne, że ta powieść podbije moje serce. Z jakiegoś powodu ta książka nie zrobiła zbytniej furory w Polsce, co pozostaje dla mnie niezrozumiałe. Kto czytał, ten wie.


Siedemnastoletni Alex Woods zostaje zatrzymany na granicy w samochodzie, w którym wiezie paczuszkę marihuany i urnę z prochami. Wiadomo, niecodzienny widok. Jego zdjęcie krąży po świecie od kilku dni, ale tak naprawdę Alexa wszyscy kojarzą z innego powodu: kiedy miał dziesięć lat, został uderzony odłamkiem meteorytu. Co lepsze, przeżył.  Od tego czasu wykluczony ze społeczeństwa, niewiarygodnie inteligentny i dociekliwy chłopiec, z matką tarocistką jest na celowniku praktycznie wszystkich. Ale tak naprawdę poukładanym (w miarę ) światem Alexa wstrząsa spotkanie pana Petersona, starego dziwaka, który oprócz Alexa zdaje się nie mieć nikogo.