Niewiele jest książek ponadczasowych, posiadających odporne na czas prawdy w formie chętnie czytanej przez kolejne pokolenia. Jednym z takich tytułów jest „Diuna” Franka Herberta. Książka liczy sobie już prawie pół wieku, została nagrodzona nagrodą Hugo i Nebula. Na jej podstawie powstał film, dwa miniseriale telewizyjne i kilka gier. Jest uznawana za jedną z najlepszych książek science-fiction wszech czasów. Po jej przeczytaniu zgadzam się z tym stwierdzeniem.
Ogromny sukces „Diuny” jest wynikiem wielu elementów. Najbardziej znaczących z nich jest uniwersum, utworzone z wielkim rozmachem i dokładnością. Frank Herbert stworzył nie świat, a wszechświat. Zaludnił go tysiącem rodzajów istot z milionem różnych zamiarów. Nie dla wszystkich znalazło się miejsce w „Diunie”, ale czytając, miałam wrażenia, że to uniwersum jest pełne, żywe. Mimo że „Diuna” jest książką traktującą o przyszłości, autor balansował na granicy przyszłości i przeszłości. Z jednej strony w powieści były podróże międzygwiezdne, technologia na najwyższym poziomie, a z drugiej średniowieczny ustrój z rodami, szlachtą i władaniem dzięki urodzeniu. Ten kontrast był zaskakująco trafiony i wydawał się idealnie pasować.
