Szpital
psychiatryczny imienia Lincolna w Never nie jest zwykłym budynkiem. Od początku
swego istnienia przyciągał dziwne zjawiska i ludzi o niewytłumaczalnych
zjawiskach. Ściany przesiąkły krzykiem szaleńców uznanych przez innych za
niepoczytalnych. Czy wszyscy pacjenci byli szaleni? Odpowiedź jest prosta –
nie. Niektórzy po prostu widzieli i umieli więcej niż inni. Wszystko dzięki
magicznym przodkom. Teren szpitala nasiąkł ich krwią. Anomalie w jego pobliżu
pomagały wielu nieczystym istotom przedostać się do świata życia. Miasteczka
przed nadciągającym złem przez dziesięciolecia strzegła lokalna wiedźma, ale po
wyrwaniu z łap śmierci swojego wnuka zaczęła słabnąć. Jedyną nadzieją na
bezpieczeństwo Never jest nastoletnia Forest, która nie ma pojęcia o swoim
dziedzictwie. Wraz początkiem akcji
książki dziewczyna rozpoczyna pracę w szpitalu, gdzie jest świadkiem
niewytłumaczalnych zjawisk, których normalni śmiertelnicy nie mogliby dostrzec.
Wiedziona ciekawości zdobywa coraz więcej informacji o zjawiskach paranormalnych
w Never i spotyka ludzi podobnych do niej.
Akcja
„Szaleństwa” rozpoczyna się bez wprowadzenia i jak dla mnie ma za szybkie
tempo. W jednej chwili czytałam o czesaniu chorej umysłowo staruszki, a w
następnej o pojawieniu się „Księcia Ciemności” ze sforą dzikich psów i
krwiożerczych gęsi. Nie mogłam zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. To
szaleńcze tempo stopniowo zwalniało. Na początku było czystym szaleństwem
niedającym się w jakikolwiek sposób ogarnąć, na końcu wlokło się jak mucha w
smole, czyli tempo zwalniało zamiast przyspieszać.
