Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na noże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na noże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 listopada 2015

Na noże # 5 : „Wykolejony” vs „Zaginiony” (Michael Katz Krefeld)




Michael Katz Krefeld – kolejne nazwisko do zapamiętania (?) na literackiej mapie sensacji. Tym razem made in Denmark, kryminalna Skandynawia znów daje o sobie znać. W Polsce za sprawą Wydawnictwa Literackiego ukazały się do tej pory dwie powieści Krefelda składające się na cykl o detektywie Ravnie. Pytanie: czy potrzebnie? Czy wnoszą jakiś powiew świeżości? Nie od dziś narzekamy bowiem na lekki przesyt kryminałami rodem ze Skandynawii.



„Wykolejony”


Detektyw Thomas Ravnsholdt, nazywany Ravn (z duńskiego: kruk) jest gwiazdą kopenhaskiej policji, a raczej był, bo od tragicznej śmierci żony znajduje się na przymusowym urlopie, dzieląc czas między rozpadającą się łajbę Biancę a ulubiony bar Wydrę, w którym topi smutki w alkoholu i zadręcza innych bywalców odtwarzaniem ulubionego kawałka zamordowanej żony.  Ponoć nie jest alkoholikiem, ale akurat znajduje się w całkowicie beznadziejnym momencie swojego życia. Z tego otępienia wyrywa go przyjaciel, który prosi byłego gliniarza o pomoc w odnalezieniu zaginionej przed trzema laty dziewczyny – Maszy. Trop zawiedzie go do Sztokholmu. W stolicy Szwecji szaleje tymczasem seryjny zabójca, który nie tylko morduje młode kobiety, ale jako znawca taksydermii „rzeźbi” z ich anielskie posągi, by następnie porzucić na złomowisku.

Czytając „Wykolejonego”, którego tak na marginesie – czyta się lekko, sprawnie i mimo wszystko z zaciekawieniem – odnosiłam wrażenie, ze to już wszystko jednak było, że oto dostaję odgrzewane nieco danie, że Krefeld nie serwuje czytelnikowi niczego ani odkrywczego, ani szczególnie porywającego. Owszem – daje się poznać jako osoba, która zasady gatunku opanowała bardzo dobrze i niczym sumienny uczeń zastosowała je w swojej powieści. Ale nie można nie mieć do „Wykolejonego” zastrzeżeń. I zaczynają się one już na etapie głównego bohatera. Samotny wilk, outsider borykający się z własnymi problemami i ucieczki od rzeczywistości szukający w alkoholu. Było? Niestety było i dlatego Ravn wydaje się być kliszą innych bohaterów tego typu literatury. Idźmy dalej: mało wiarygodna jest sytuacja śledztwa prowadzonego przez Ravna w Szwecji. Szwecji przedstawionej jako kraj, w którym przestępczość rośnie w siłę w zastraszającym tempie, a policja wydaje się bezradnie rozkładać ręce. Dopiero pojawienie się Ravna działa na nich jak kubeł zimnej wody. Nie jest to wiarygodne: zarówno dość stronniczy obraz samej Szwecji (jawiącej się nam jako kraj na poły dziki i barbarzyński, bezradnie spoglądający na szalejące bezprawie), jak i nie do końca realny obraz śledztwa prowadzonego przez Ravna w Szwecji. Świetny warsztatowo jest na pewno zabieg wielotorowego prowadzenia historii: z jednej strony śledzimy poczynania Ravna, z drugiej obserwujemy życie zaginionej Maszy (choć pisany przez nią pamiętnik jest niestety przykładem ckliwości i momentami ociera się o banał), a z trzeciej towarzyszymy szalonemu seryjnemu zabójcy, cofając się do czasów jego dzieciństwa, gdzie odnajdujemy źródła jego zaburzeń.

„Wykolejony” mimo że nie powala na kolana, nie zmusza do zarwania nocy, byle tylko jak najszybciej poznać rozwiązania zagadki, jest całkiem przyzwoicie skrojonym kryminałem. Mimo że nie jest specjalnie odkrywczy i nie wnosi nic nowego na polu literatury sensacyjnej, zapewnia naprawdę niezłą rozrywkę. 


Michael Katz Krefeld, Wykolejony, Wydawnictwo Literackie 2014, stron: 368



„Zaginiony”


Pierwsza część cyklu z detektywem Ravnem w roli głównej nie przyprawiła mnie o czytelniczy zawrót głowy. Muszę jednak już na wstępie przyznać, że dla części drugiej -  „Zaginionego” - zarwałam noc, niecierpliwie przewracając strony, by jak najszybciej dobrnąć do końca historii i poznać finał śledztwa prowadzonego przez Ravna w asyście atrakcyjnej zleceniodawczyni. Kruk powraca do nas na kartach „Zaginionego” w naprawdę  świetnym stylu. Mogę tylko czuć ulgę, że nie porzuciłam zamiaru lektury drugiego tomu  z powodu nie do końca spełnionych oczekiwań związanych z  pierwszym tomem.

W „Zaginionym” podobnie jak w tomie pierwszym akcja również toczyć się będzie wielotorowo, konkretnie  w dwóch płaszczyznach czasowych. Wątek osadzony współcześnie i związany z Ravnem dotyczyć będzie tajemniczego zaginięcia przykładnego (a więc nijakiego i nudnego do bólu) księgowego, który pewnego dnia okrada własną firmę i znika bez śladu. Siostra zaginionego, Louise,  zwraca się o pomoc do Ravna (o którym czytała w prasie za sprawą sztokholmskiej zagadki – patrz tom pierwszy). Ravn, próbujący uporać się z demonami przeszłości i morderstwem swojej żony, nie jest zainteresowany propozycją, ale urok osobisty zleceniodawczyni sprawia, że jednak uda się z nią do Berlina – tam bowiem wiedzie ślad po zaginionym. Na decyzję wpływ też mają pewne nowe fakty w sprawie śmierci żony, które poddają w wątpliwość hipotezę śledczych o rabunkowym motywie zabójstwa. Mam nadzieję, że ten zaznaczony w tym tomie wątek będzie rozwijany w tomach następnych, przynosząc wreszcie rozwiązanie zagadki zabójstwa żony Ravna. Te wątek aż się prosi o rozwinięcie – potencjał dramaturgiczny w tej historii jest ogromny. Być może Krefeld celowo w każdej części będzie okrywał kolejne karty tej zagadki. Oby. 
Druga płaszczyzna czasowa powieści to Berlin Wschodni roku 1989, roku przełomowego dla wielu państw bloku wschodniego. To ostatnie podrygi dawnego systemu, mur berliński właśnie kruszeje, by w końcu ostatecznie runąć. Do tej chwili przemyt ludzi ze wschodniej do zachodniej części miasta będzie jednym z najbardziej dochodowych zajęć. Tutaj będziemy świadkami śledztwa prowadzonego przez nadgorliwego funkcjonariusza służb bezpieczeństwa (Stasi) – Haussera, specjalisty od waterboardingu, który za punkt honoru obiera sobie aresztowanie niejakiego Schumanna. Aby dopiąć swego, nie cofnie się przed niczym. Otrzymujemy zatem przerażający obraz tego, do czego zdolny był aparat bezpieczeństwa: inwigilacja, podsłuchy, zastraszania, groźby, tortury, niszczenie człowieka przez ciągle represje, prześladowania w domu, pracy, porywanie najbliższych członków rodziny. Spektrum metod szerokie. Krefeldowi udało się odtworzyć atmosferę Berlina tamtego czasu znkomicie. I pewnie dlatego ta część historii, która zbudowana jest na konflikcie Hausser – Schumann, trzyma w napięciu do samego rozwiązania, mrożąc krew w żyłach i przyprawiając o palpitacje serca, wywołując oburzenie na metody działania organów państwa i poczucie bezradności w stosunku do represjonowanych.  Być może jednak polskiego czytelnika porusza ta historia tak bardzo, bo równie dobrze tłem do wydarzeń można by uczynić jakiekolwiek polskie miasto czasów PRL-u. Obraz znajomy i bliski, jeśli chodzi doświadczenie ludności prześladowanej i inwigilowanej przez SB.  

Krefeldowi udało się w „Zaginionym” stworzyć zawikłaną intrygę kryminalną – co bowiem może mieć wspólnego zaginięcie kopenhaskiego księgowego z oddalonymi o dobre ćwierćwiecze wydarzeniami z Berlina Wschodniego? Świetnie napisany i dramaturgicznie poprowadzony wątek berliński zdominował całą historię, a postać ogarniętego obsesją Haussera przyprawiała o ciarki.  O ile do pierwszej części cyklu miałam wiele zastrzeżeń, o tyle w przypadku drugiej części drobne niedociągnięcia można przemilczeć, bo całość się czyta. I to czyta się naprawdę fantastycznie. Po pierwszym, zaledwie dobrym tomie, otrzymujemy drugi – bardzo dobry. Mam nadzieję, że ta tendencja wzrostowa się utrzyma i z następnym tomem będzie jeszcze lepiej, jeszcze mocniej, jeszcze ciekawej.  Nie mogę się doczekać. 


Michael Katz Krefeld, Zaginiony, Wydawnictwo Literackie 2015, stron: 416





„Wykolejony” vs „Zaginiony”

0:1


Dziękujemy za przekazanie książek do recenzji niezawodnemu Wydawnictwu Literackiemu  :) 






poniedziałek, 6 lipca 2015

Na noże # 4: Książka vs Książka - Sophie Hannah ("Inicjały zbrodni" ) vs Sophie Hannah ("Błąd w zeznaniach")




W pojedynku #NaNoże pod lupę weźmiemy dwie powieści świetnej brytyjskiej autorki – Sophie Hannah. W jednej – „Inicjałach zbrodni” – autorka wskrzesza postać kultowego detektywa Herkulesa Poirota, kontynuując dzieło Agathy Christie. Druga powieść – „Błąd w zeznaniach” – to od początku do końca jej własne pisarskie dziecko. 


„Inicjały zbrodni”

Londyn. Lata 20. XX wieku. Błogi spokój odpoczywającego w kafeterii Pleasant’s Poirota zakłóca tajemnicza młoda kobieta, która informuje Belga o grożącym jej niebezpieczeństwie – przypuszcza, że zostanie zamordowana, ale jednocześnie uważa, że zabójca nie powinien być ścigany, gdyż jej śmierci wyrówna dawne rachunki. Tego samego wieczoru w modnym hotelu Bloxham zamordowano trzech gości hotelowych, dwie kobiety i mężczyznę. Scena zbrodni w każdym z hotelowych pokoi wygląda identycznie, a dodatkowo w ustach każdego z zamordowanych śledczy odnajdują spinki do mankietów z monogramem PIJ. Wszystko wskazuje na to, że to nie koniec ofiar.  Detektywowi Scotland Yardu, Edwardowi Catchpoolowi, w rozwiązaniu tej niezwykle skomplikowanej sprawy pomagać będzie oczywiście niezastąpiony Poirot. Co łączy te trzy morderstwa z tajemniczą kobietą z kafeterii? Czy śledczym uda się zapobiec kolejnej makabrycznej zbrodni? Dokąd śledczych zaprowadzą kolejne poszlaki?

„Nie chciałam ani udawać Christie, ani jej poprawiać. Inicjały zbrodni to książka pisana moją ręką” – twierdzi Sophie Hannah. Nie sposób jednak oceniać tego kryminału bez zestawienia z twórczością królowej kryminału i nie sposób nie porównywać Herculesa Poirota stworzonego przez Christie z tym wskrzeszonym przez Hannah. Od tego zatem zacznę. Poirot to już ikona. Detektyw genialny, ekscentryczny pedant, wielbiciel logiki, często arogancki i zarozumiały, ale przede wszystkim diablo skuteczny. I taki też jest w kryminale Sophie Hannah. To znaczy w jej kryminale jest chyba aż nadto taki, bo niestety Sophie Hannah tak mocno zaakcentowała pewne cechy osobowości Poirota, że uczyniła detektywa postacią momentami mocno irytującą. Cóż, aż żal się robiło biednego detektywa ze Scotland Yardu, gdy po raz enty Poirot stawiał go w obliczu faktu: Wiem, ale nie powiem. Sam się domyśl, jeśliś na tyle inteligentny. O ile więc u Christie Poirota mimo jego trudnego charakteru da się polubić, a tyle u Hannah trzeba już mocno zacisnąć zęby, aby się nie zniechęcić.

Mocną stroną powieści jest natomiast sama zagadka kryminalna – nieoczywista, zagmatwana na tyle, by sam czytelnik gubił się w tej układance różnych faktów, relacji, motywów,  poszlak. Mamy to, do czego przyzwyczaiła nas sama Christie: makabryczną zbrodnię, morderców kierujących się dość przyziemnymi motywami, morderców – ludzi dość zwyczajnych i przeciętnych, a kierujących się namiętnościami, fabułę opartą w dużej mierze na przesłuchaniach grona podejrzanych. Ale znów mamy tego aż nadto… Mam wrażenie, że Hannah, goniąc cień geniuszu Christie, naprawdę przekombinowała, a to odbija się na czytelniku, który w pewnym momencie może naprawdę pogubić się w tej układance.

Mimo tych niedoskonałości „Inicjały zbrodni” są kryminałem, nad którym warto się pochylić, bo jest to jednak powieść, nad którą unosi się duch tych starych, dobrych kryminałów spod znaku Agathy Christie właśnie. Sophie Hannah natomiast gwarantuje nam niezłą rozrywkę na całkiem przyzwoitym poziomie. 


„Błąd w zeznaniach”

XXI wiek. Miasteczko Spilling, nieopodal Londynu. W jednym z typowych wiktoriańskich domów znaleziono zwłoki mężczyzny. Ofiara to Damon Blundy – kontrowersyjny dziennikarz, który dał się poznać czytelnikom jako autor bardzo zjadliwych felietonów, a to już na początku sprawia, że grono podejrzanych jest ogromne i z każdą chwilą będzie się tylko powiększać. Blundy z zamiłowaniem bowiem mieszał wszystkich z błotem, niejednokrotnie rujnując bohaterom swoich tekstów życie. Zagadkowy jest też sposób zabójstwa: Blundy’ego uduszono bowiem… nożem. Tak, nożem. A na ścianie umieszczono zagadkowy napis: „ Jest nie mniej martwy” … Hmm… Aż się prosi o pytanie: Nie mnie martwy niż kto? Jedynym tropem okazuje się srebrne audi, które krążyło w okolicach domu Blundy’ego, a którego właścicielką okazuje się niejaka Nicki Clements – matka dwójki dzieci, żona, gospodyni domowa mieszkająca nieopodal posiadłości dziennikarza. Nicki to nie tylko typowa gospodyni domowa, ale przede wszystkim notoryczna kłamczucha, która ma własne niekoniecznie małe sekrety i lepiej dla niej, żeby nigdy nie ujrzały one światła dziennego. Niestety – z powodu kłopotów z bocznym lusterkiem zostaje uwikłana w sprawę zabójstwa Damona Blundy’ego… Czy słusznie?

Jak to się czytało! „Błąd w zeznaniach” to naprawdę wysmakowany kryminał i  thriller psychologiczny w jednym! To powieść wielowymiarowa, prowadzona z różnych punktów widzenia: mamy pierwszoosobową narrację Nicki Clements, mamy zobiektywizowany opis śledztwa w sprawie morderstwa, mamy zapis wirtualnych spotkań, mamy w końcu w treść wplecione felietony Damona Blundy’ego – świetne zresztą, tyleż zjadliwe, co inteligentne i błyskotliwe, obnażające obłudę wyszydzanych w nich person.  Smakowity kąsek! Świetnie Sophie Hannah portretuje swoich bohaterów, nie są to postacie papierowe, dobre albo złe. Są to bohaterowie wielowymiarowi, z krwi i kości, ze swoimi namiętnościami, problemami, sekretami.

Jest to powieść na wskroś współczesna, bardzo mocno we współczesności osadzona, ale jednak wyczuwa się w niej ducha Agathy Christie – przynajmniej w tych partiach poświęconych śledztwu. Drogą do poznania prawdy są bowiem rozmowy, przesłuchania potencjalnych podejrzanych bądź świadków.  

„Błąd w zeznaniach” to powieść znakomita pod każdym względem. Zaskakuje fabularnym rozwiązaniami i zwrotami akcji. Czyta się fantastycznie. Ta powieść to dowód, że Sophie Hannah jest naprawdę znakomitą autorką, która potrafi w misterny sposób, ale ze smakiem jednocześnie  konstruować intrygę fabularną. „Błąd w zeznaniach” -  koniecznie do pożarcia!

pani eM.



„Inicjały zbrodni” kontra „Błąd w zeznaniach”       
 0:1



Za książkę „Inicjały zbrodni” dziękujemy



środa, 17 czerwca 2015

Na noże #3: Książka vs film: World War Z



Książka – Max Brooks
Najlepsza  książka o zombie, jaką czytałam, zupełnie inna od wszystkich. Pisana w formie wywiadów z osobami, które przeżyły epidemię zombie. Wszystkie odrębne opowieści tworzą spójną, doskonale opisaną historię. Emocje wypełniają każdą stronę powieści, każdy bohater ma inny pogląd na podejmowane w rozmowie kwestie. Czytając, miałam wrażenie, że książka jest reportażem opartym na faktach, tak bardzo autentyczne były historie w niej zawarte. Książka po prostu świetna. Cała recenzja tutaj.





Film – reż. Marc Forster (2013)
Film z książka łączy tylko tytuł i temat zombie.  W tej wersji historia została pozbawiona swojego unikatowego, reportażowego charakteru. Stała się po prostu kolejnym filmem o zombie. Owszem, parę opowieści zostało „wykorzystanych”, ale straciły swój emocjonalny ładunek. Na ekran zostały przeniesione tylko historię wielkich czynów, mających spory udział w wojnie, całkowicie pominięte zostały opowieści szarych zjadaczy chleba. Moim zdaniem obniżyło to poziom  produkcji.  Sam film nie jest jednak zły, akcja rwie do przodu, fabuła wciąga. Jest, jednak o wiele prostszy i mniej ambitny od książki. Na pochwale zasługuję  gra aktorska Brada Pitta, który wciela się w głównego bohatera, i efekty specjalne, w tym sam wygląd zombie. W każdej klatce widać dopracowanie scenografii, charakteryzacji, efektów specjalnych i gry aktorskiej.  Największą wadą filmu jest prawie całkowity  brak  logiki i związku przyczyna - skutek, w książce wszystko jest wyjaśnione, uargumentowane, a na ekranie brakuje tego. Film jest po prostu kolejną wysokobudżetową produkcją skierowaną do jak największego grona odbiorców. Bez czytania książki nie rzuca się to w oczy, więc film polecam głównie osobom niezaznajomionym z powieścią. Fani książki mogą się rozczarować.

Książka vs Film 1:0

Dana

piątek, 3 kwietnia 2015

Na Noże #2: Książka vs. Serial - ,,House of cards"



Jak to zazwyczaj bywa, najpierw była książka. Po dwudziestu kilku latach Amerykanie na jej podstawie zaczęli realizować serial telewizyjny, a że serial bije rekordy popularności, na fali tej popularności wydawnictwa zaczęły wznawiać powieść Dobbsa, dając tej książce drugie życie.

„House of cards”  - Michael Dobbs

„Westminster był kiedyś nadrzecznym bagnem. Osuszono je, zbudowano pałac i wspaniałe opactwo, zapełniono szlachetną architekturą i nienasyconą ambicją. Ale w gruncie rzeczy to nadal bagno.”

Można przypuszczać, że Dobbs wie, o czym pisze, że mechanizmy władzy zna od podszewki. Był w końcu szefem kancelarii Żelaznej Damy – premier Margaret Thatcher. I nawet jeśli „House of cards” są przykładem political fiction, to można przypuszczać, że historia napisana przez Dobbsa została przefiltrowana przez jego polityczne doświadczenia. Autor przyznał się zresztą do tego, że odszedł z polityki zrażony nią, a pisanie miało być dla niego rodzajem terapii. A jako że Thatcher nie była przyjemną szefową, to obmyślił napisać historię o tym, jak pozbyć się premiera.
Głównym bohaterem jest Frank Urquhart, polityk doświadczony, zręczny, choć pozostający w cieniu. W cieniu, który zaczyna go uwierać, bo FU to polityk wielkich ambicji. Nie zamierza być tylko człowiekiem premiera. On chce zająć jego miejsce przy Downing Street. A że jedna decyzja premiera powoduje, że Urquhart czuje się bardzo urażony, postanawia nie przebierać w środkach. W końcu cel uświęca środki, a FU ma jeden cel – pragnie władzy, pragnie rządu dusz. I żeby zrealizować swój cel, nie będzie przebierał w środkach, nie cofnie się przed najbardziej niemoralnymi krokami. W polityce nie ma miejsca na litość i współczucie. W polityce trzeba być zręcznym graczem. A do tego należy wyłączyć emocje, a włączyć: przebiegłość, podłość, bezkompromisowość, bezwzględność, wyrachowanie. Jeśli Dobbs napisał książkę, opisując w niej mechanizmy władzy i opierając się przy tym na własnych latach doświadczeń… Cóż – świat polityki byłby wtedy rzeczywiście bagnem, w którym taplają się ludzie pozbawieni sumienia. „House of cards” daje przerażający obraz tego, co dzieje się na szczytach władzy. Ale obraz jakże wiarygodnie nakreślony zręczną ręką Dobbsa. Choć początkowe rozdziały powieści powodują, że czytelnik może poczuć się zagubiony w natłoku nazwisk i stanowisk, to potem książkę czyta się niczym znakomity thriller. Powieść wciąga, wywołuje oburzenie, nie pozostawia obojętnym.



„House of cards” - reż. David Fincher,  James Foley, Joel Schumacher, A. Holland i inni

„Ci, którzy dążą na szczyt, nie mogą liczyć na litość. Jest tylko jedna zasada - polujesz albo giniesz.”

Twórcy serialu, choć wzorowali się na powieści Dobbsa i główny szkielet opowieść umieścili w opowieści filmowej, akcję z Wielkiej Brytanii przenieśli do Stanów Zjednoczonych. Podnieśli jednocześnie stawkę, o którą toczyć się będzie gra. Bo tutaj wygraną będzie fotel prezydenta Stanów Zjednoczonych, najbardziej wpływowego człowieka na świecie. Fabuła zaczyna się w momencie zaprzysiężenie nowego prezydenta (Garretta Walkera), który obiecał stanowisko Sekretarza Stanu kongresmenowi Frankowi Underwoodowi, tylko jak to z obietnicami politycznymi bywa, zadziwiająco szybko dezaktualizują się tuż po wyborach. A Underwood bynajmniej tej gorzkiej pigułki przełknąć nie zamierza. Obmyśla zemstę i od tej pory z determinacją dążyć będzie do zrujnowania prezydentury Walkera – a z każdym, kto stanie mu na drodze, rozprawi się okrutnie i bez skrupułów. Będzie oszukiwał, zdradzał, manipulował, skłócał, rozbijał sojusze, niszczył reputacje (innych, nie swoją), nie cofnie się nawet przed morderstwem. A jego sprzymierzeńcem w tej wspinaczce na sam szczyt władzy będzie jego żona – równie ambitna, równie bezwzględna, równie bezkompromisowa.
I właśnie para głównych  bohaterów– Frank Underwood i jego żona Claire – powoduje, że ten serial jest tak smakowity. Frank to bohater niebezpieczny, drapieżny, parszywy, cyniczny, pozbawiony skrupułów, to kłamca, nikczemnik, manipulator i morderca. A jednak Kevin Spacey wykreował tego demonicznego kongresmena z takim wyczuciem i taką warsztatową wirtuozerią, że nie sposób Franka Underwooda (wbrew zdrowemu rozsądkowi) nie polubić, a nawet nie pokochać. Bo FU to jednocześnie postać niezwykle inteligentna i błyskotliwa w swym sposobie postrzegania i komentowania otaczającego świata. To łajdak, i to jakże piekielnie skuteczny w swych poczynaniach. Kevin Spacey w roli FU to największy atut serialu. Filmowy FU jest po tysiąckroć bardziej wyrazistą postacią niż książkowy pierwowzór. I ma u swojego boku nowe wcielenie Lady Makbet. Wreszcie, wreszcie, wreszcie – w przestrzeni filmowej pojawiają się niebanalne postacie kobiece. Robin Wright grająca Claire Underwood stworzyła kobietę w niczym nieustępującą swojemu partnerowi. Jest równie bezwzględna, cyniczna i nikczemna jak jej mąż. Duet doskonały. We dwoje rządzą niepodzielnie ekranem. A robią to po mistrzowsku.
Na koniec wspomnę o tym filmowym zabiegu, który pewnie spowodował, że FU zdobył sobie całe rzesze zwolenników (byle nie naśladowców, o zgrozo!). W sztuce filmowej obowiązuje tzw. zasada czwartej ściany. W skrócie: to granica między widzem a ekranem. Widz jest tylko biernym obserwatorem. Świat filmu to świat hermetycznie zamknięty. W „House of cards” tę czwartą ścianą zburzono. Frank Underwood nawiązuje więc kontakt z widzem, mruga do nas, mówi do nas, zdradza nam swoje plany, myśli, błyskotliwie komentuje poczynania innych, patrząc nam prosto w oczy (!),a to powoduje, że jesteśmy bardziej z nim niż z innymi bohaterami. FU staje się naszym znajomym! A to zaciera granice między fikcją a rzeczywistością.

Mimo że powieść Dobbsa jest naprawdę bardzo dobrą książką i gdyby nie ona – całkiem prawdopodobne, że nie narodziłby się Frank Underwood, to są trzy powody, dla których serial jest zdecydowanie lepszy niż jego książkowy pierwowzór: 1. Frank Underwood/ KEVIN SPACEY, 2. Claire Underwood/ ROBIN WRIGHT, 3. Zburzenie czwartej ściany i błyskotliwe rozmowy Franka z nami, jego znajomymi.


Książka vs. Serial 
 0 : 1   

pani eM.