Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą thriller. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 grudnia 2015

“Mara Dyer. Przemiana” - Michelle Hodkin



Trylogia Michelle Hodkin, której główna bohaterka zabija myślami, zbiera same pozytywne recenzje, ale nie ma co ukrywać, że jej pierwszy tom - Mara Dyer. Tajemnica  kompletnie nie przypadła mi do gustu. Uważam,  że poziom, jaki prezentuje, jest za niski na zwykłą młodzieżówkę, a co dopiero młodzieżowy thriller (jak jest opisywana). Zero napięcia,  zero grozy, zero wyczucia. Postacie, fabuła, dialogi, humor - naprawdę nic nie zostało tam wykreowane dobrze. Rok temu uznałam Marę Dyer za kompletną stratę czasu i pieniędzy,  ale chyba z sentymentu (prawie) dokładnie rok później dałam jej drugą szansę i nie, wcale się nie zawiodłam. Nie mogę się nadziwić, że dwie części tej samej trylogii, pióra tej samej autorki, mogą być tak od siebie różne. I nie na poziomie fabularnym, ale stylistycznym głównie.

niedziela, 15 listopada 2015

„Zabójstwo Pitagorasa” – Marcos Chicot



Każdy, kto chodzi(-ł) do szkoły, kojarzy postać Pitagorasa – albo z lekcji historii dotyczących starożytności, albo z nazwanego jego imieniem matematycznego twierdzenia.  Kiedy się jednak zagłębić w biografię Pitagorasa, zyskujemy portret człowieka o niezwykłej umysłowości, którego zajmowała i matematyka, i filozofia, i polityka, i religia. Bohaterem swojej powieści hiszpański pisarz Marcos Chicot uczynił właśnie tego starożytnego Mistrza.

Jest rok 510 p.n.e. Znajdujemy się w samym centrum wspólnoty pitagorejskiej w Krotonie, jednym z najbogatszych miast Wielkiej Grecji (dziś to włoskie miasto), gdzie Pitagoras założył swoją słynną szkołę. Leciwy już Pitagoras, czując na plecach oddech śmierci, postanawia wybrać swojego następcę spośród najzdolniejszych uczniów i członków wspólnoty. Najpoważniejszy kandydat zostaje otruty, a to dopiero początek całej serii tajemniczych morderstw, które zdają się zagrażać nie tylko samemu Mistrzowi, ale i całej wspólnocie. Pitagoras prosi o pomoc Akenona,  syna swego dawnego przyjaciela. Egipcjaninowi w rozwiązywaniu tajemnicy morderstw towarzyszyć będzie piękna, intelignenta i niezależna córka Pitagorasa – Ariadna, która też będzie jego przewodniczką po dość zamkniętym kręgu wspólnoty.  Nie zdradzę za wiele, jeśli napiszę, że parę połączy coś więcej niż tylko rozwikłanie zagadki zabójcy.

środa, 26 sierpnia 2015

„Przebudzenie labiryntu” – Rainer Wekwerth


Siedmioro młodych ludzi, sześć bram i siedemdziesiąt dwie godziny na to, by do nich dojść. W każdym miejscu czeka na nich niebezpieczeństwo. Siedmioro nastolatków znalazło się w zupełnie innym wymiarze wyimaginowanego labiryntu i wspólnymi siłami będzie próbować się z niego wydostać. Czy im to wyjdzie? Jaką zagadkę przyjdzie im rozwikłać? Jakie niebezpieczeństwa będą czyhać na nich w czasie misji? Tego możecie się dowiedzieć, czytając thriller  Przebudzenie Labiryntu, początkujące nową trylogię dla nastolatków. 


Z twórczością Rainera Wekwertha spotkałam sie po raz pierwszy, czytając jego książkę Przebudzenie Labiryntu. Muszę się przyznać, że stylem pisarskim autora nie jestem specjalnie zachwycona, aczkolwiek sądzę, że tworzony przez niego tekst jest całkiem dobry, choć nie wywołuje efektu ochów i achów. Autor posługuje się prostym i łatwym do zrozumienia językiem, nie jest to język wyszukany i wyrafinowany, specjalnie literacki, dlatego treść książki czyta się szybko i łatwo. Brakował mi jednak wzbogaconego słownictwa, które znacznie urozmaiciłoby opowiadanie, nadając mu bardziej literacki format.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Na noże # 4: Książka vs Książka - Sophie Hannah ("Inicjały zbrodni" ) vs Sophie Hannah ("Błąd w zeznaniach")




W pojedynku #NaNoże pod lupę weźmiemy dwie powieści świetnej brytyjskiej autorki – Sophie Hannah. W jednej – „Inicjałach zbrodni” – autorka wskrzesza postać kultowego detektywa Herkulesa Poirota, kontynuując dzieło Agathy Christie. Druga powieść – „Błąd w zeznaniach” – to od początku do końca jej własne pisarskie dziecko. 


„Inicjały zbrodni”

Londyn. Lata 20. XX wieku. Błogi spokój odpoczywającego w kafeterii Pleasant’s Poirota zakłóca tajemnicza młoda kobieta, która informuje Belga o grożącym jej niebezpieczeństwie – przypuszcza, że zostanie zamordowana, ale jednocześnie uważa, że zabójca nie powinien być ścigany, gdyż jej śmierci wyrówna dawne rachunki. Tego samego wieczoru w modnym hotelu Bloxham zamordowano trzech gości hotelowych, dwie kobiety i mężczyznę. Scena zbrodni w każdym z hotelowych pokoi wygląda identycznie, a dodatkowo w ustach każdego z zamordowanych śledczy odnajdują spinki do mankietów z monogramem PIJ. Wszystko wskazuje na to, że to nie koniec ofiar.  Detektywowi Scotland Yardu, Edwardowi Catchpoolowi, w rozwiązaniu tej niezwykle skomplikowanej sprawy pomagać będzie oczywiście niezastąpiony Poirot. Co łączy te trzy morderstwa z tajemniczą kobietą z kafeterii? Czy śledczym uda się zapobiec kolejnej makabrycznej zbrodni? Dokąd śledczych zaprowadzą kolejne poszlaki?

„Nie chciałam ani udawać Christie, ani jej poprawiać. Inicjały zbrodni to książka pisana moją ręką” – twierdzi Sophie Hannah. Nie sposób jednak oceniać tego kryminału bez zestawienia z twórczością królowej kryminału i nie sposób nie porównywać Herculesa Poirota stworzonego przez Christie z tym wskrzeszonym przez Hannah. Od tego zatem zacznę. Poirot to już ikona. Detektyw genialny, ekscentryczny pedant, wielbiciel logiki, często arogancki i zarozumiały, ale przede wszystkim diablo skuteczny. I taki też jest w kryminale Sophie Hannah. To znaczy w jej kryminale jest chyba aż nadto taki, bo niestety Sophie Hannah tak mocno zaakcentowała pewne cechy osobowości Poirota, że uczyniła detektywa postacią momentami mocno irytującą. Cóż, aż żal się robiło biednego detektywa ze Scotland Yardu, gdy po raz enty Poirot stawiał go w obliczu faktu: Wiem, ale nie powiem. Sam się domyśl, jeśliś na tyle inteligentny. O ile więc u Christie Poirota mimo jego trudnego charakteru da się polubić, a tyle u Hannah trzeba już mocno zacisnąć zęby, aby się nie zniechęcić.

Mocną stroną powieści jest natomiast sama zagadka kryminalna – nieoczywista, zagmatwana na tyle, by sam czytelnik gubił się w tej układance różnych faktów, relacji, motywów,  poszlak. Mamy to, do czego przyzwyczaiła nas sama Christie: makabryczną zbrodnię, morderców kierujących się dość przyziemnymi motywami, morderców – ludzi dość zwyczajnych i przeciętnych, a kierujących się namiętnościami, fabułę opartą w dużej mierze na przesłuchaniach grona podejrzanych. Ale znów mamy tego aż nadto… Mam wrażenie, że Hannah, goniąc cień geniuszu Christie, naprawdę przekombinowała, a to odbija się na czytelniku, który w pewnym momencie może naprawdę pogubić się w tej układance.

Mimo tych niedoskonałości „Inicjały zbrodni” są kryminałem, nad którym warto się pochylić, bo jest to jednak powieść, nad którą unosi się duch tych starych, dobrych kryminałów spod znaku Agathy Christie właśnie. Sophie Hannah natomiast gwarantuje nam niezłą rozrywkę na całkiem przyzwoitym poziomie. 


„Błąd w zeznaniach”

XXI wiek. Miasteczko Spilling, nieopodal Londynu. W jednym z typowych wiktoriańskich domów znaleziono zwłoki mężczyzny. Ofiara to Damon Blundy – kontrowersyjny dziennikarz, który dał się poznać czytelnikom jako autor bardzo zjadliwych felietonów, a to już na początku sprawia, że grono podejrzanych jest ogromne i z każdą chwilą będzie się tylko powiększać. Blundy z zamiłowaniem bowiem mieszał wszystkich z błotem, niejednokrotnie rujnując bohaterom swoich tekstów życie. Zagadkowy jest też sposób zabójstwa: Blundy’ego uduszono bowiem… nożem. Tak, nożem. A na ścianie umieszczono zagadkowy napis: „ Jest nie mniej martwy” … Hmm… Aż się prosi o pytanie: Nie mnie martwy niż kto? Jedynym tropem okazuje się srebrne audi, które krążyło w okolicach domu Blundy’ego, a którego właścicielką okazuje się niejaka Nicki Clements – matka dwójki dzieci, żona, gospodyni domowa mieszkająca nieopodal posiadłości dziennikarza. Nicki to nie tylko typowa gospodyni domowa, ale przede wszystkim notoryczna kłamczucha, która ma własne niekoniecznie małe sekrety i lepiej dla niej, żeby nigdy nie ujrzały one światła dziennego. Niestety – z powodu kłopotów z bocznym lusterkiem zostaje uwikłana w sprawę zabójstwa Damona Blundy’ego… Czy słusznie?

Jak to się czytało! „Błąd w zeznaniach” to naprawdę wysmakowany kryminał i  thriller psychologiczny w jednym! To powieść wielowymiarowa, prowadzona z różnych punktów widzenia: mamy pierwszoosobową narrację Nicki Clements, mamy zobiektywizowany opis śledztwa w sprawie morderstwa, mamy zapis wirtualnych spotkań, mamy w końcu w treść wplecione felietony Damona Blundy’ego – świetne zresztą, tyleż zjadliwe, co inteligentne i błyskotliwe, obnażające obłudę wyszydzanych w nich person.  Smakowity kąsek! Świetnie Sophie Hannah portretuje swoich bohaterów, nie są to postacie papierowe, dobre albo złe. Są to bohaterowie wielowymiarowi, z krwi i kości, ze swoimi namiętnościami, problemami, sekretami.

Jest to powieść na wskroś współczesna, bardzo mocno we współczesności osadzona, ale jednak wyczuwa się w niej ducha Agathy Christie – przynajmniej w tych partiach poświęconych śledztwu. Drogą do poznania prawdy są bowiem rozmowy, przesłuchania potencjalnych podejrzanych bądź świadków.  

„Błąd w zeznaniach” to powieść znakomita pod każdym względem. Zaskakuje fabularnym rozwiązaniami i zwrotami akcji. Czyta się fantastycznie. Ta powieść to dowód, że Sophie Hannah jest naprawdę znakomitą autorką, która potrafi w misterny sposób, ale ze smakiem jednocześnie  konstruować intrygę fabularną. „Błąd w zeznaniach” -  koniecznie do pożarcia!

pani eM.



„Inicjały zbrodni” kontra „Błąd w zeznaniach”       
 0:1



Za książkę „Inicjały zbrodni” dziękujemy



niedziela, 28 czerwca 2015

„Znalezione nie kradzione” – Stephen King



"Dobry pisarz nie prowadzi swoich bohaterów, ale idzie za nimi. Dobry pisarz nie tworzy wydarzeń, ale obserwuje ich przebieg, a potem opisuje, co zobaczył. Dobry pisarz rozumie, że jest sekretarzem, a nie Bogiem".


Nie jestem wielbicielką Kinga, nie jest on dla mnie żadnym literackim mistrzem ani królem. Nie oczekiwałam więc po jego najnowszej prozie niczego szczególnego, a sięgnęłam tylko i wyłącznie z powodu tematu, który dla każdego książkożercy jest chyba atrakcyjny:  fascynacja literaturą. I szczerze powiedziawszy, spodziewałam się trochę odgrzewanego dania: w końcu obszary te były już przez Kinga eksplorowane w „Misery” (chyba jednak ekranizacja lepsza niż literacki pierwowzór).

Tymczasem dostałam historię, którą po prostu pożarłam, w której się rozsmakowałam i którą z  czystym sumieniem mogę polecić innym. To pierwszy King, który tak po prostu spodobał mi się (no, okay – przyznaję, że też nie jestem wielką specjalistką od jego prozy, rzadko po niego sięgam): mamy tutaj elektryzująca, trzymającą w napięciu historię, która początkowo rozgrywa się w dwóch płaszczyznach czasowych: w 1978 roku i około 2010 roku, i której bohaterami jest dwóch wielkich pasjonatów literatury - cała historia zmierza do spotkania tych dwóch bohaterów w ostatniej części, nie bez powodu zatytułowanej „Piotruś i wilk”.

czwartek, 4 czerwca 2015

„Zabójcy bażantów” – Jussi Adler-Olsen



To moje drugie spotkanie z twórczością tego duńskiego pisarza. Drugie, które okazało się spotkaniem zajmującym, zaskakującym i niebanalnym. „Kobieta w klatce” była bardzo dobrym kryminałem, również „Zabójcy bażantów” nie rozczarowują, mimo dość ryzykownego pomysłu pisarza: już od samego początku znamy sprawców. Można by pomyśleć, że zabieg to zabójczy dla thrillera, bo jak tu utrzymywać widza w napięciu, niepewności, gdy od razu na tacy podaje się mu zabójców?  Adler-Olsen wyłamał się z tego schematycznego założenia literatury sensacyjnej, który każe do samego końca utrzymywać czytelnika w niepewności co do sprawcy okrutnych czynów. I wcale nie zaszkodziło to stworzonej przez niego historii. Ciężar mrocznej i niepokojącej atmosfery został przez niego wpleciony w całą historię w inny sposób. Zatem spokojnie - znajdziemy w „Zabójcach bażantów” to, co dla thrillera charakterystyczne - mroczną atmosferę zagrożenia. A w miarę rozwoju wydarzeń będzie ona tylko gęstnieć.

niedziela, 10 maja 2015

,,Przegląd końca świata: Deadline” - Mira Grant



Niedawno prezentowałam Wam recenzję Feed - książki, która była doskonałą wizją świata nawiedzonego przez zombie. Teraz, po przeczytaniu Deadline widzę, że dokładność, z jaką Mira Grant wykreowała obie książki, trochę się różni. Co tu dużo mówić - Deadline jest jeszcze lepsza!

Po dramatycznych wydarzeniach ostatnich miesięcy Shaun Mason stał się wrakiem, zaledwie cieniem człowieka, jakim był kiedyś. Igranie ze śmiercią przestało być już takie zabawne, a życie straciło swój słodki, lekko zgniły smak. Kiedy w drzwiach mieszkania Shauna pojawia się pewien naukowiec, który według ostatnich doniesień powinien być martwy, wszystko staje na głowie. Zwłaszcza, że chwilę później wybucha kolejna epidemia. Przypadek? Wiedza nieoczekiwanego gościa jest ekstremalnie niebezpieczna. Co więcej, to jedyna nadzieja na pokonanie potworności, która zagraża całemu życiu na Ziemi.

Mira Grant posiada typowy męski styl. Mocno trzyma się fabuły, interesuje ją akcja, nie skupia się na opisach postaci. Szczególnie widać to w Deadline. W pierwszej części nużyły mnie zbyt długie opisy nieistotnych szczegółów (np. budowa okularów), więc ku mojej uciesze w Deadline zbyt wielu ich znajdziemy.

wtorek, 28 kwietnia 2015

„Ene, due, śmierć” – M. J. Arlidge



Mocna, mroczna, wstrząsająca – to moje pierwsze skojarzenia z debiutancką powieścią M. J. Arlidge’a. I muszę przyznać, że debiut to bardzo udany. Książką ma wszystko to, co czyni z niej świetny thriller: makabryczne morderstwa, psychopatycznego i nieuchwytnego mordercę, atmosferę gęstniejącą od  grozy z każdą kolejną stroną, mrożący krew w żyłach klimat.


Główną bohaterką jest Helen Grace, policjantka, dla której praca jest wszystkim. Zresztą – świetna policjantka, fantastycznie odnajdująca się w instytucji zdominowanej przez mężczyzn. To typ twardzielki sunącej ulicami w skórzanym kostiumie szybkim ścigaczem.  Za tą maską niezłomnej kobiety kryją się jednak traumatyczne przeżycia z przeszłością, z którymi bohaterka radzi sobie w dość specyficzny sposób. O jakie traumy chodzi? Karty z tą tajemnicą odkrywają się stopniowo, budując atmosferę tajemniczości.

czwartek, 2 kwietnia 2015

,,Wielki marsz" - Stephen King (Richard Bachman)



Na długo zanim Suzanne Collins wysłała Katniss i Peetę na swoje Głodowe Igrzyska, Stephen King od dawna śnił o alegorycznej wizji Ameryki, w której stu chłopców maszeruje setki kilometrów, aż padnie przedostatni z nich, a tłumy widzów będą miały z tego ogromną frajdę przez kilka dni. Wygra najlepszy, a jest o co walczyć, bo wygrana to olbrzymia suma pieniędzy i - gdzieś tam po drodze - życie.


Nie będę ukrywać, że to było moje pierwsze spotkanie ze Stephenem Kingiem, ale kiedy słyszy się niemal od zawsze o ,,wybitnym mistrzu grozy”, to oczywiste, że ma się pewne oczekiwania. Niestety, trochę gorzej było ze sprostaniem tym oczekiwaniom, bo - co tu dużo mówić – pierwsza połowa książki była nieprawdopodobnie nudna. Marsz, marsz, marsz i kompletnie nic więcej. Co w tym emocjonującego? Do tego język, którym posługiwał się King nie był ani wybitny, ani wybitnie wciągający, dlatego okropnie męczyłam się, czytając tę książkę. Znikome dialogi, które gdzieś tam się pojawiały, były drętwe i irytujące (pomyślcie, o czym może rozmawiać stu chłopaków pozostawionych na pastwę losu?)


Ale gdzieś tak od połowy zaczęło robić się naprawdę interesująco. Zasady w Marszu są niezwykle brutalne, a że to nie do uczestników należy wdeptanie przeciwników w ziemię, tym gorzej dla nich. Dopiero od pewnego momentu, kiedy chłopców zostaje mniej niż pięćdziesięciu, ma to wszystko odpowiedni (odpowiednio okropny) wydźwięk, napięcie rośnie i rośnie, a na drodze rozgrywa się prawdziwy dramat.

poniedziałek, 2 lutego 2015

„Chemia śmierci” – Simon Beckett



„Już po trzydziestu sekundach przechodzi cię dreszcz. Po minucie masz serce w gardła. A kiedy kończysz czytać, dziękujesz Bogu, że to tylko powieść". No bez przesady, ale trzeba przyznać, że „Chemia śmierci” to niezły thriller.

David Hunter, były antropolog sądowy, postanawia rozpocząć nowe życie w Manham jako wiejski lekarz. Manham to typowe małe miasteczko, gdzie wszyscy wszystkich znają, plotki rozchodzą się z prędkością światła, tubylcy tworzą własną odgrodzoną i zamkniętą społeczność, a ostatnie słowo oczywiście należy do zarozumiałego duchownego. Wydawać by się mogło, że w tak małym i spokojnym miejscu nic ciekawego nie może się zdarzyć. Nic bardziej mylnego. Dwójka chłopców znajduje w lesie rozkładające się zwłoki młodej mieszkanki Manham. Już  samo morderstwo mocno zszokuje mieszkańców, nie wspominając o tym, że to nie koniec ofiar, a tak okrutnych czynów mogła dopuścić się tylko osoba mieszkająca w miasteczku, osoba, którą widują na ulicach, z którą ucinają codziennie miłe pogawędki, osoba, którą - mogliby przysiąc - dobrze znają. Osoba wywodzącą się z ich społeczności. Policja rozpoczyna śledztwo, a pomoże jej w tym  - nie, nie, nie ksiądz - nasz główny bohater - David.

„Ciało ludzkie zaczyna rozkładać się 4 minuty po śmierci (...) Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zmieniają się w ciecz, potem w gaz" .
Książka ta nie jest powieścią dla osób o delikatnych nerwach. Pełno tu brutalnych i odrażających opisów rozkładających się zwłok. Ja całe szczęście nie należę do tych czytelników :) I uważam te właśnie informacje za ogromny atut książki!