Młoda autorka z Wrocławia podjęła się dosyć trudnego
zadania - postanowiła napisać kryminał w stylu retro, którego akcja będzie się
toczyć we Wrocławiu, a raczej w Breslau, bo mamy rok 1910. A jak powszechnie
wiadomo, jeśli chodzi o dokładnie tę tematykę i to miasto, to koronowanym
mistrzem gatunku jest Marek Krajewski, którego przyznam, że bardzo nie lubię.
Ale Nadii Szagdaj nie lubię jeszcze bardziej, a po przygodzie z Klarą Schulz
chyba na stałe zniechęciłam się do kryminałów retro.
Bohaterką książki jest młoda, wyjątkowo głupia i naiwna Klara. Klara jest beznadziejnym przypadkiem - od lat marzy, by zostać policjantką, jednak miejscowa policja nie potrafi zrozumieć jej potencjału (hmm… ciekawe czemu) i zawiedziona, kipiąca nienawiścią Klara postanawia zostać detektywem na własną rękę. I całkiem przypadkiem akurat jest świadkiem morderstwa: podczas spektaklu w operze ginie baryton i tylko nasza inteligentna pani detektyw wpada na pomysł, że to było morderstwo właśnie, a nie nieszczęśliwy wypadek (jak twierdzi niedouczona policja). Kobieta rozpoczyna więc swoje niezwykle nużące śledztwo, ale dzięki temu, że jest inteligentna ponad przeciętną, dochodzi do rozwiązania szybciej niż policja.


